Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
409 postów 2144 komentarze

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Lekarz z powołania. Polak - Patriota. Humanista. Misja i Cel Mojego Życia - Pomagać innym ludziom.

AMEN -Autobiografia Naukowa- Odc.25

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„I trust in God, the rest I check” (wierzę w Boga – resztę sprawdzam).

AMEN – Autobiografia Naukowa Odc 25

Powrót do Sydney

Samotność, rutyna i monotonia dnia codziennego, które zawsze są takie same; niczym nie różniąc się od świąt, najczęściej są powodem poszukiwania zmian.

Pewnego dnia, doszedłem do wniosku, że przecież nie mogę reszty życia spędzać w Broken Hill.
Znałem już większość ludzi i niemal każdy dom w mieście... Moja żona, robiła doktorat (PhD) z socjologii i...
nie bardzo chciała osiedlić się gdzieś daleko, poza Sydney.
Postanowiłem, więc wrócić - poszukać pracy tam.
Szybko znalazłem zajęcie i następny rok, pracowałem już jako Resident Medical Officer (RMO)- na rotacji i dyżurach w różnych szpitalach w Sydney. (Westmead, Prince Of Wales, Parramatta Bankstown).

Taka znowu rutynowa praca na Izbie Przyjęć (Accident & Emergency Department). Zarobki dużo mniejsze,
mniej dyżurów; koszty dużo większe: tzn. wynajem mieszkania, żywność, dojazdy - i w ogóle, ceny życia w metropolii, dość znacznie przewyższały codzienne wydatki - w Broken Hill.
Jednak praca lekarza na Izbie Przyjęć, a potem już we własnej, prywatnej klinice miała pewne niespodziewane aspekty dodatkowe. W Sydney było wielu emigrantów, (różnych narodowości) wielu też Polaków –
oczywiście nie wszyscy mówili po angielsku.

Wtedy znałem dobrze rosyjski, mówiłem trochę po niemiecku, francusku.
W rezultacie wszystkich pacjentów ze słabą znajomością angielskiego, którzy przychodzili na dyżury IP,
niemal rutynowo wysyłano do mnie. Polacy przychodzili głównie z powodów praktycznych - jak również
wiele osób z miejscowej „starej” Polonii. Miało to swoje dobre i złe strony.

W ten sposób zdobywałem rynek, stawałem się nawet w "pewnym sensie" znany, popularny.
Ponieważ pracowałem również w szpitalu, blisko portu Sydney, zaczeli mnie odwiedzać czasem również marynarze z polskich statków, które przypływały do Australii z różnymi towarami.
Prócz problemów medycznych, próbowali czasem „załatwiać” ze mną... rozmaite interesy.

Kiedyś np. przyszedł do mnie młody facet i zapytał, czy nie byłbym zainteresowany kupnem czystego srebra. Przypłynął do Sydney - jako marynarz, ale też żeby pohandlować. Jak stwierdził miał tego towaru (srebra) kilkadziesiąt kilogramów w zwojach drucianych - na sprzedaż. W ten sposób, podobno cała załoga statku próbowała jakoś dorobić do marnych pensji dodał marynarz. W ogóle się na tym nie znałem.
Odpowiedziałem więc, że niestety...nie mogę im pomóc.

Gość wrócił jednak następnego dnia z próbką i poprosił, żebym może zapytał jakiegoś znajomego jubilera,
aby on sprawdził tę próbkę i wartość srebra za kilogram. Dodał, że wraz z załogą mają 100 kg tego towaru. Znałem kilka osób z branży, więc chcąc po prostu jakoś pomóc marynarzom z Polski, wziąłem próbki do wyceny
i przekazałem znajomym jubilerom. Oni stwierdzili, że srebro jest super wysokiej jakości i jeden z nich, lokalny producent sztućców - wykazał zainteresowanie zakupem całych 100 kg.
Zaproponował też całkiem dobrą cenę, - ok. 50,000 $ - gotówką.

Świeżo poznany marynarz chciał w sumie 10,000 $. Prosta i czysta transakcja...pomyślałem.
Bedę mógł pomóc marynarzom a przy okazji, sam parę dolarów zarobię. Mogłem wprawdzie ich
bezpośrednio skontaktować z jubilerem, ale wtedy..., nic lub niewiele bym na tym zarobił.

Postanowiłem więc całą transakcję przeprowadzić samemu. Miałem zawsze trochę gotówki w kasie,
poprosiłem marynarza by przywiózł „towar” do mojej przychodni.
Zapłaciłem i wsadziłem srebro do bagażnika swego samochodu. Wieczorem pojechałem do domu jubilera,
który przyjął towar wziął i obiecał zapłacić mi rano. Mając świadomość dokonania dużej, intratnej transakcji postanowiliśmy, jakoś miło to „oblać”. Wspólnie z żona i kilkoma kolegami, poszliśmy do bardzo eleganckiej restauracji. Ostatecznie 40,000 dolarów piechotą wtedy nie chodziło... ani nawet dzisiaj.

Następnego dnia rana pojechałem do jubilera, po pieniądze. Okazało się, że zostałem całkowicie oszukany. Kupiłem pęczki drutu z fałszywego „srebra”. Tak naprawę tylko same końcówki były prawdziwe, czyste srebro. Cała reszta, w środku okazała się...miedzią, znakomicie posrebrzoną.
Pojechałem do portu, ale statku, ani moich 10.000 $ gotówki - już nie tam było.

Kolejna nauczka w życiu? Uśmiechnąłem się sam do siebie – a może raczej do swojej głupoty.
Zastanawiałem się, jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek tak oszukiwał drugiego.
Jak oszust może żyć ze świadomością tego co zrobił? Jak może spokojnie zasypiać, a rano tak po prostu uśmiechać się do rodziny i dzieci. Jakoś nigdy nie potrafiłem zrozumieć... istoty oszustwa
oraz, jak oszust może prowadzić normalne życie

Z drugiej strony, po wielu latach, często na własnej skórze przekonałem się, że chyba cały świat, coraz bardziej opiera swój byt na rozmaitych nieprawdach i może całe życie, człowieczeństwo – wbrew pozorom (które są...) - w istocie jest właśnie jednym wielkim oszustwem.

Być może - My wszyscy powinniśmy postępować zgodnie z starą amerykańską zasadą:
„I trust in God, the rest I check” (wierzę w Boga – resztę sprawdzam).
To jeden z takich przykrych epizodów mojej młodości i emigracji; który zaczął kierować moje życie
na drogę filozofii istnienia.
Życie w Sydney było bardzo intensywne, pełne rozmaitych niespodzianek.
Właściwie do dzisiejszego dnia, pod tym względem, niewiele się zmieniło.

Parę słów o Sydney - tym najpiękniejszym i wyjątkowym miejscu w Australii.
Sydney to duże, rozległe i naprawdę bardzo piękne miasto. Położone nad zatoką Sydney Harbour,
która malowniczo wciska się z oceanu w pustynię na wielu kilometrach.
Z drugiej strony płynie rzeka – Parramatta River o długości ok 30 km, zaczynająca się gdzieś w
Górach Błękitnych (Blue Mountains), za którymi z kolei powoli zaczynają się tereny rolne, leśne,
a potem pustynie.

W miejscu połączenia rzeki z zatoką - jest olbrzymi i bardzo ważny gospodarczo port.
Po obu stronach rzeki, potem zatoki zbudowane są dzielnice mieszkaniowe i w ten sposób,
miasto dzieli się na część północną i południową.
Obie części łączy znany na całym świecie Harbour Bridge, zbudowany przed II WŚ, w roku 1936, przy którym zbudowano w latach pięćdziesiątych, równie słynną i znaną...Operę w Sydney.
Ten widok „króluje” na wszystkich pocztówkach z Australii.

Dla nas to było miejsce szczególne. Nasze mieszkanie na Darling Point potem na Kent Street w Sydney
oraz biuro mojej firmy zawsze było blisko; z widokiem na zatokę, operę, most.
W czasie mojego pobytu w Sydney, chyba nie miałem dnia... bez spaceru mostem, nad zatoką.
Do dzisiaj kocham to miejsce i zawsze pozostanie ono w mojej pamięci, sercu.
Tym bardziej, że łączy się też z kilkoma zabawnymi przeżyciami i historiami – o których wspomnę .

Moje samochody i przygody.

Zawsze lubiłem piękne samochody i pewnego dnia, kupiłem wyjątkowego Bugatti, rocznik 1936.
Nie mówiłem o tym nikomu, ponieważ chciałem przyjechać rano do szpitala robiąc niespodziankę kolegom,
swoim nowym nabytkiem. A, że był to kabriolet, ubrałem się wiec stosownie do lat przedwojennych:
specjalne okulary, czapka, szalik z tamtych czasów.
Dokładnie tak, jak w filmie ze słynną, tragiczną- Isadorą Duncan. Na wszelki wypadek mój szalik był krótki….
Jak zwykle rano przejeżdżałem do pracy przez most (Harbour Bridge).
W tamtych latach - nie było jeszcze tunelu, a więc ruch na moście w godzinach szczytu,
między 7-8.00 rano i 18-19.00 był wyjątkowo natężony.

Na obu bokach mostu, były linie autobusu, z którego pasażerowie mieli wyjątkowy piękny widok na zatokę i operę. Tego poranka świeciło piękne słońce, a na drodze były duże zatory i wszystkie pojazdy stawały - co kilka metrów. Nagle... silnik mojego samochodu zgasł, a wszelkie, nerwowe próby jego odpalenia okazały się bezskuteczne.
W tym właśnie momencie zaczął się prawdziwy dramat. Nie mogłem uruchomić swego auta, a za mną ustawiała się coraz większa kolejka, mocno zdenerwowanych, śpieszących się do biur kierowców autobusów i innych samochodów.
Nie było wtedy jeszcze komórek, więc musiałem pójść do stacjonarnego telefonu alarmowego, aby szybko wezwać Pomoc Drogową – NRMA. Niestety z uwagi na zatory na moście, i w ogóle w całym mieście – oni nie mieli jak dojechać. Nade mną latał helikopter; (wieczorem oglądałem siebie i swoje Bugatti – w serwisie infomacyjnym dnia...) – z powodów oczywistych...po paru godzinach byłem sprawcą, jednego chyba z największych korków w całej historii Sydney.
W końcu, pieszo dotarł do mnie jakiś facet z obsługi NRMA. Wsiadł do Bugatti..., przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik od razu zapalił. Wcześniej próbowałem chyba setki razy i nic. „Serviceman” popatrzył na mnie trochę dziwnie, zupełnie, jak na wariata. Ja - z nerwów i całego zamieszania nie mogłem wykrztusić ani słowa. Nawet słów podziękowania...
To było absolutnie nieprawdopodobne zdarzenie, które jednak spowodowało, że tego samego dnia oddałem Bugatti, z powrotem do dilera. W sumie miałem go mniej... niż 48 godzin.

Innym razem kupiłem sportowe Lamborghini, które miało drzwi otwierane, jak skrzydła. Cudowny przykład technologii, motoryzacji, który miał też być niespodzianką dla żony jak i może obiektem zazdrości wszystkich znajomych (koleżanek żony).

Pewnej soboty wieczorem, pojechałem do kolegi na grilla. Kiedy już znalazłem się na miejscu, nie mogłem otworzyć drzwi samochodu. Normalnie otwierały się one poprzez przycisk guzikiem a ten mechanizm, po prostu jakoś przestał działać. Musieliśmy oboje, z żoną wychodzić oknem, które było skośne i wąskie; ledwo się w nim zmieściłem mimo, że zawsze byłem szczupły.
Wychodzenie z auta Doroni było już atrakcją innego rodzaju…Miała na sobie wyjątkowo wąską, długą suknię, więc, w końcu musiała ją zdjąć, a że była bez... Resztę zostawiam wyobraźni…
Sam samochód nie był bardzo „przestronny” – jak rękawiczka dopasowana do dłoni.
I tym razem nie cieszyłem się nim zbyt długo. Moja żona jakże słusznie zauważyła, że jeżeli tenże automat
(do otwierania drzwi) odmówiłby posłuszeństwa - w przypadku... wypadku – następstwa mogą być opłakiwane - być może już tylko na cmentarzu – tylko przez znajomych...

Wiele lat później, w 2006 r., w czasie drugiego dłuższego pobytu w Australii, kupiłem sobie najlepszy samochód życia - Rolls Royce’a Centenary Phantom, ale szczególnej serii. Akurat była setna rocznica historii firmy RR i postanowiono wypuścić wyjątkowy model.
Wyprodukowano tylko 35 egzemplarzy na cały świat, po jednym na każdy kraj.
Mnie przypadło auto z numerem 11.

Było w nim mnóstwo „gadżetów”. Np. „dashboard” - deska rozdzielcza z czystego srebra, a w drzwiach samochodu zostały wmontowane automatyczne parasolki.
Lakier karoserii zmieniał swój kolor w zależności od światła na zewnątrz, pory dnia.
RollsRoyce miał także wiele, wiele innych niespodzianek, gadżetów doskonałości.

To był wspaniały samochód, który płynął podczas jazdy i nie słychać było w ogóle pracy silnika.
Ów Rolls Royce, pierwotnie był o zamówiony dla najbogatszego biznesmena Australii - Kerry Packera, który zapłacił z góry w całości za auto, ale niestety nagle zmarł, na serce - tuż przed jego odbiorem.
Dzieci i rodzina Kerrego nie była zainteresowana autem, w związku z czym wystawiono je w Sydney,
na sprzedaż w formie licytacji.
Akurat w tych dniach, byłem w Sydney na urodzinach swego przyjaciela Jurgena Fengelsa (rodem z Niemiec). Jurgen był zauroczony Rollsem, widział go parę dni wcześniej i podczas urodzin, cały czas gadał o „cudach i wiankach” tego samochodu. Pokazywał fotki.
W końcu, ponieważ Jurgen mieszkał blisko od dealera Rolls Royca, przekonał mnie, byśmy się do niego przeszli. Byłem po kilku, może zbyt wielu szampanach. Sprzedawca niewiele w sumie musiał mnie namawiać.
Kupiłem auto. Zapłaciłem $1,100,000; pojeździłem kilkanaście miesięcy i sprzedałem.
Niepotrzebnie, do dzisiaj żałuję, ponieważ było to prawdziwe cudo motoryzacji. Akurat dla mnie.
Nigdy nie miałem żadnych problemów, prócz oczywiście tłumów oglądaczy i zazdrośników.

Nabywcą, za pośrednictwem swego menadżera, okazała się słynna australijska gwiazda muzyki POP –
nazwiska nie mogę podać. Było to zastrzeżone w umowie sprzedaży.

Koniec Odcinka 25

Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • Przyjechalem do Chicago w 1978 w jesieni i opowiedziano mi tam
    nastepujaca historie. W Chicago dominowal wtedy sklep kielbasiany "Bacik". Nikt nie robil takich wedlin jak on. Kupowalem polskie wedliny od innych, blizej mego miejsca zamieszkania ale on byl najlepszy. Jakosc A+. Zamieszkalem wtedy w domu panstwa "K". On byl oficerem AK, ona tez. Wyemigrowali po 45 roku do Francji, pozniej do Kanady, do USA w koncu. Ludzie wyksztalceni, byli ziemianie z Podola. W Chicago ona byla dziennikarka w polskiej gazecie a on dzialaczem w polskich organizacjach. Ludzie na topie. W miare zamozni. Do dzis jestem im wdzieczny za porade w mych pierwszych krokach w USA i ze nie wzieli odemnie ani grosza za 2 tygodniowy pobyt w ich domu. Opowiedzieli mi historie o rzezniku Panu Bacik:

    Do sklepu przychodzily 2 babcie od lat. Pewnego dnia przyniosly Bacikowi 1 monete zlota do sprzedania. Bacik poszedl na przeciw do polskiego jubilera by ja sprawdzic. Moneta okazala sie OK i Bacik kupil ja za 1/2 ceny. Powtarzalo sie to co kilka miesiecy. Bacik ciagle te monety u jubilera sprawdzal. Pewnego dnia babcie przyszly ze sloikiem pelnych tych monet mowiac ,ze jada na Floryde na starosc. Bacik zaplacil $80K za ten sloik nie sprawdzajac u jubilera. Czytelniku: Czy te monety ze sloika byly falszywe? OCZYWISCIE!
    Nikt pozniej tych babc nie widzial. Miejska legenda mowi ze to byly Cyganki.Kto wie?
  • Zaczyna sie na ostro.Przed chwila przeczytalem , ze 690 ksiezy w stanie
    Illinois jest oskarzonych o pedofilie. Tak z dnia na dzien to wyszlo. Kto by przypuszczal? Schodzimy w katakumby? Na to wychodzi.
  • Karma ?
    Drogi Panie Opara
    Pisze Pan cyt : " Znałem kilka osób z branży (jubilerskiej).......". kon cyt.
    Zastanawia mnie, jakim cudem biedny polski emigrant, który pracował gdzieś na zapadłej australijskiej wiosce, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney zna kilka osób "z branży ".

    No i oczywiście bardzo mi przykro, że inteligentny polski lekarz dał się wykiwać zwykłemu pokładowemu majtkowi. Jacy ci ludzie podli, jacy bezduszni, żeby wykorzystywać czyjąś uczciwość.
    Cóż. Widocznie limit malwersacją drutem w Pana przypadku wyczerpał się
    już w Polsce, a konkretnie w wiejskim GS-sie.
  • @staszek kieliszek 10:08:14
    Złapali tylko 690 ? A co z resztą ?
  • Powołanie
    Podziwiam Pana Panie Opara. Jest Pan bardzo odważnym i usłużnym człowiekiem cyt : "Będę mógł pomóc marynarzom".
    Trzeba mieć "jaja", żeby wiedząc o tym, że handel drogocennymi kruszcami i kamieniami w Australii jest ściśle koncesjonowany, a za nie przestrzeganie prawa w tym zakresie grożą wysokie kary więzienia, a w przypadku emigranta najprawdopodobniej groziłaby deportacja, narażał Pan dobro własnej rodziny i zawodową karierę, w trosce niesienia pomocy polskim marynarzom.

    Ja bym tak nie potrafił, bałbym się konsekwencji, a poza tym nie chciałbym wchodzić w konflikt z prawe kraju, który mnie przygarnął.
    Ale widocznie u prawdziwego lekarza z powołania, chęć niesienia pomocy jest silniejsza od własnego interesu.
  • Polonia
    Cyt : "Polacy przychodzili głównie z powodów praktycznych - jak również
    wiele osób z miejscowej „starej” Polonii. Miało to swoje dobre i złe strony".

    Właśnie. Trafił Pan w sedno z tą "starą" Polonią. Ja również na emigracji spotkałem się z dobrą i złą stroną tejże Polonii.
    Często na nowo przybyłych emigrantów patrzyli podejrzliwie i z dystansem.
    Szczególnie ci starsi, którzy po wojnie nie wrócili do Polski z przyczyn politycznych, nienawidząc i gardząc komunistami i stalinowcami, wprowadzającymi w Polsce bolszewicką tyranię i system totalitarny.

    Niektórzy bywali na tyle bezczelni, że każdego emigranta z Polski z lata 80-tych uważali za tajniaka, szpicla, śpiocha, lub w najlepszym przypadku słupa, przeszkolonego i wysłanego przez sowieckie służby.
    Dopytywali o ukończone szkoły, pochodzenie, rodzinę, pracę, miejsce zamieszkania w Polsce, zapatrywania polityczne, itd. . Zachowywali się jak śledczy z CIA i stale nas obserwowali.
    To było nieprzyjemne, ale trochę im się nie dziwię, że byli ostrożni.

    Służby Jaruzelskiego w latach 70-80-tych rzeczywiści wysłały wielu konfidentów i śpiochów, wiedząc, że komunizm się wali i kiedyś, na czyjeś konta trzeba będzie przesłać zdefraudowany i zrabowany Polakom majątek.
    Nigdy ze starą emigracją nie udało mi się tak naprawdę zaprzyjaźnić.
    Chyba gardzili nami, nowymi emigrantami.............tak na wszelki wypadek.
    Niestety w wielu przypadkach słusznie.
  • @tańczący z widłami 10:16:30
    Jestes produktywna jak drukarnia, impulsywna mozna powiedziec. Akurat siedze w temacie i smiesza mnie tytuly gazet brukowych oznajmiajcych koniec swiata jutro o trzynastej a Ty impulsywna dostajesz ataku.
  • @staszek kieliszek 11:39:58
    Tak wiec ide napic sie dluga , srebrna puszke, 8.1% zrobionej z kukurydzy. $1. I wypije za Twe zdrowie. Co jakis czas biora sie tu na Neonie takie jakies prostytutki myslowe : Zawisza, TWZ, ram,Kalfornia 68, czy cos tam. Mam wrazenie ,ze to ta sama osoba lub firma. Przycupna czasem i udaja normalnych a jak czas im kaze to jada na Boga, Kosciol na ile pary im starcza.
  • @staszek kieliszek 11:54:42
    Oj kolego Staszku. Czy nie uważa kolega, że nazywanie interlokutorów i administratorów neonu prostytutkami, jest trochę poniżej poziomu, który by sobie życzył nasz gospodarz doktor Opara ?
    Ja tak brzydko o koledze nigdy się nie wyrażam.
  • @ Autor
    Coraz ciekawiej...
    Na początku trzęsienie ziemi a potem napięcie stopniowo wzrasta , jak u Alfreda Hitchcock'a
  • Ci wspaniali kierowcy
    Przyznam szczerze, że temat motoryzacji specjalnie mnie nie pociąga, ani nie kręci.
    Nigdy nie miałem potrzeby imponowania komukolwiek samochodem, leczenia kompleksów samochodem, dowartościowywania swojego ego samochodem.
    Kiedyś z kolegami obserwując kierowców i ich auta zdefiniowaliśmy kilka typów kierowców.
    Wszystkich ich nie pamiętam, ale na pewno był :
    - Normalny - jeździł przeciętnym samochodem na jaki było go stać.
    - Zakompleksiony - zadłużał się, żeby jeździć lepszym samochodem, niż
    ten na jaki go było stać, chcąc imponować sobie i otoczeniu.
    - Lowelas - rwał na samochód laski.
    - Trucker - nawet na niedzielną mszę pod kościół podjeżdżał truckiem (choć miał osobówkę), bo lubił imponować dużymi samochodami.
    Najśmieszniejsi jednak był tzw : "Zimny Łokieć"- ten już w marcu !!!, ledwo śnieg stopniał w dolinach, zaczynał jeździć cabrio z obowiązkowo nonszalancko wystawionym łokciem.
    Jadąc, rozglądał się ukradkiem spod przyciemnionych okularów czy wszyscy na niego patrzą. Myślał zapewne, że wszystkim imponuje i że wszyscy mu zazdroszczą, a tak naprawdę to mieliśmy z niego niezłą beczkę śmiechu, patrząc na to jeżdżące pomieszanie kompleksu z pychą, tym bardziej, że dopiero gdzieś w maju, kiedy robiło się ciepło przestawał być na twarzy z zimna blado-zielony.


    Acha. Był jeszcze Bałaganiarz i Nerwus, ale tych typów nie ma potrzeby chyba tłumaczyć. Pierwszy miał w samochodzie przysłowiowy śmietnik, drugi, wiadomo, był niebezpiecznym kłębkiem nerwów na drodze.
  • @Zbigniew Jacniacki 15:16:46
    Faktycznie. Nielegalny handel srebrem, jak najbardziej kwalifikuje się pod trzęsienie ziemi. Bo kto wie, czy urażona australijska gościnna ziemie, w czasie transakcji nielegalnego kupna-sprzedaży się nie zatrzęsła.
    Ja na jej miejscu bym się zatrząsł.

    P.S. Imienia Alfreda Hitchcock'a proszę w tych okolicznościach nie przywoływać i niczego nie sugerować, bo ten jak wiadomo zajmował się sprawami kryminalnymi, złodziejami, przestępcami.
    A my przecież nie chcemy takiego zakończenia.
    Tylko zazdrośni ludzie mogliby chcieć takiego Hitchcocowskiego zakończenia.
  • @Zbigniew Jacniacki 15:16:46
    Tak, coraz ciekawiej - ale to naprawdę tylko początki...

    Będzie moim zdaniem jeszcze dużo ciekawiej i w Australii a potem po moim powrocie do Naszego Kraju.

    Niewątpliwie miałem bardzo ciekawe życie i czasem nawet samemu
    trudno mi uwierzyć w to wszystko co się zdarzyło.
    Dla mnie to jak film, który gdzieś kiedyś widziałem - a teraz przypominają mi się poszczególne wątki...które przelewam na papier wiadomości...

    Wiem też, że wiele osób np Pan TzW - nie wierzy w to co piszę - ale to jego sprawa - nie będę się tym przejmował...

    A przecież, jestem jeszcze młody duchem, no i moim zdaniem...
    młody ciałem - tyle jeszcze przede mną.
    Chociaż być może kalendarzowo - starość zagląda mi codzień w oczy - będę walczył i będę pisał.

    Cieszę się że Tobie się moja autobiografia podoba i mam nadzieję będziesz ją nadal czytał z zaciekawieniem.

    Serdeczności

    RO
  • @Ryszard Opara 00:58:42
    Drogi Panie Opara.
    Bardzo mi przykro, że uważa Pan, iż ja nie wierzę w to co Pan pisze.
    Nic podobnego, ja wierzę w to co Pan piszę, aż w 40%, a czasami nawet w 99 procentach. Choćby w tę prześmieszną opowiastkę z 21-go odcinka do którego dziś dotarłem (przy okazji bardzo przepraszam, że nie czytam Pan regularnie, tylko wyrywkowo i czasami z opóźnieniem).
    Ta opowieść, naprawdę rozbawiła mnie do łez, gdy przyszedł do Pana niespodziewany gość żyd Joe Cooper, czyli jak się później okazało Josek Kuperman ( a kto wie jak naprawdę się nazywał, gdyby dociekał Pan dalej) i chciał Pana zeswatać ze swoją córką. Prawdziwy ubaw po pachy.
    Zaraz przypomniała mi się ta anegdota opowiadana w Stanach :

    Otóż do młodego polskiego emigranta, prawnika z wykształcenia, który zamieszkał w Chicago, przychodzi na kwaterę niespodziewany gość żydowskiego pochodzenia Mordachaj Gold....coś tam, nie pamiętam dokładnie nazwiska, może Goldman ? Goldschwanz ? Goldscheise ?, tak chyba Goldscheise i pyta :
    - Skąd pan przyjechałeś?
    - Przyjechałem z Polski - odpowiada mecenas Jan Woda
    - A co Pan tu robisz ? - pyta Goldscheise
    - Jestem prawnikiem, szukam pracy -
    - To dobrze się składa - mówi Goldscheise- Ja mieć dla ciebie praca, ja mieć dla ciebie praca i żona.
    - ale ja nie chcę żony, bo żonę mam już w Polsce, ja szukam tylko pracy - wzbrania się mecenas Woda
    Na to zdenerwowany Mordachaj Goldscheise
    - Cholera jasna, prosiłem Kiszczaka, żeby mi przysłał kandydata na żonę dla mojej najstarszej córki, a on znowu przysyła mi jakiegoś słupa na którego konto będzie przelewał swoje ukradzione pieniądze.

    Tak więc proszę nie posądzać mnie, że ja Panu nie wierzę, anegdoty znikąd się nie biorą. Skoro krążyły takie anegdoty w USA, to dlaczego nie miałyby i w Australii.
  • Odnośnie amerykańskiej zasady "I trust in God, the rest I check"
    Ja mam, wskutek mych NAUKOWYCH doświadczeń, zdanie bardzo ANTYAMERYKAŃSKIE.

    Po prostu, pobudzony do sprawdzania "jakości Boga" przez papieską encyklikę "LABOREM EXERCENS" z roku 1981, zacząłem dokładnie sprawdzać "(ZŁO)TĄ jakość Amerykańskiej Wiary".

    No i wyszło to, co wyszło w przypadku handlu Autora srebrnym drutem sprzedawanym przez polskiego marynarza w Sydney:

    " Tak naprawę tylko same końcówki były prawdziwe, czyste srebro. Cała reszta, w środku okazała się...miedzią, znakomicie posrebrzoną. "

    Aż się dziwię naiwności: przecież przy takich transakcjach - jak mnie tego nauczył mój pracodawca w UC Berkeley, prof. Pat Wilde (nb. znajomy kosmonauty Armstronga, który upadając zabił się we własnej łazience) u którego robiłem przez dwa lata pomiary właściwości piasku z plaż Kalifornii
    - po prostu nie tylko waży się przedmiot handlu ale i, np. zanurzając go w wodzie, sprawdza jego objętość:

    Ciężar właściwy srebra: 10490 kg/m³ - tj. 105 kg wypiera 1/100 t = 10 l wody
    Ciężar właściwy miedzi: 8920 kg/m³ - tj. 89 kg wypiera 10 l wody

    To znaczy, że przy zanurzeniu 100 kg srebra (jak Pan to nosił? My pod plecakami 80 kg padaliśmy.) powinno być wyparte o ok. 15% mniej czyli ok. 1,5 litra wody mniej niż przy zanurzeniu w tym samym zbiorniku 100 kg obiektu z miedzi. W końcu to nie takie trudne do wykonania przy transakcjach w dziesiątkach tysięcy dolarów, nawet tych australijskich (zwłaszcza że drut był chyba w kawałkach)?

    Wracając do tematu AMERYKAŃSKIEJ WIARY

    Na temat zbadanej przeze mnie, metodą analizy logicznej, jakości tej JUDEOCHRZEŚCIJAŃSKIEJ wiary opublikowałem, już 22 lata temu, coś bardzo ponoć zasadnego, skoro to przetłumaczono i opublikowano także po słowacku (sponsor dr.iur. Jan Zvalo z Ottawy, Ca):

    http://markglogg.eu/wp-content/uploads/2013/06/vojna-bohov-6.jpg

    czytać wersję oryginalną po polsku: WOJNA BOGÓW : EROS kontra JAHWE - http://markglogg.eu/?p=604

    No i sam "Bóg judeochrześcijan" okazał się tylko PODRÓBKĄ (Imitacją) hinduskiego Brahmy:

    "Czy żydowski JAHWE to ATRAPA hinduskiego BRAHMA – Stworzyciela Wszechświata?" - http://markglogg.eu/?p=2019

    No i obecnie głoszę takie oto obrazkowe summum GENEZY oraz PRAKTYCZNYCH REZULTATÓW MOJŻESZOWO-PAULIŃSKIEJ RELIGII:

    http://markglogg.eu/wp-content/uploads/2018/07/Cechy-boga-Jahwe.jpg

    No, a jaki "bóg" taki i jego NARÓD WYBRANY.

    Jak mnie z neonu24 nie wyrzucą, to dodam, na temat jakości tego boga coś jeszcze - MG
  • @Berkeley72 13:42:39
    Cyt : "Aż się dziwię naiwności" Kon. cyt.
    No ja też się dziwię. W końcu doktor Opara zanim jeszcze został doktorem, przehandlował na boku nie jedną tonę drutu przeznaczonego dla pracującego ludu miast i wsi, pracując w wiejskim GS-sie.

    A co do : "jak pan to nosił" ? To najprawdopodobniej należałoby zapytać : "Jak pan to woził" ? Ano zapewne w Bugatti.
    To musiał być niezapomniany widok. Malutkie dwuosobowe Bugatti, jedzie przez Sydney ze sterczącymi przez wszystkie okna zwojami srebrnych najeżonych drutów.

    A tak na marginesie to mam nadzieję, że to wszystko jest nieprawdą, że to tylko hagada, którą R.O. zasłyszał i podciągnął pod swój życiorys, żeby było (jego zdaniem) ciekawiej . Bo nie wyobrażam sobie, żeby człowiek o wysokiej moralności i dyscyplinie wojskowej, do tego lekarz ze znakomitymi korzeniami, mógł wpaść na kryminalny pomysł uprawiania zakazanych handelków z szemranym towarzystwem portowym, łamał australijskie prawo o handlu metalami szlachetnymi i wciągał w ten proceder jeszcze jakiegoś jubilera.

    To niemożliwe, żeby szanowany pan doktor jeżdżący Bugatti, zajadający się wieczorem ostrygami i kawiorem, popijający najlepsze australijskie wina, w dzień zadawał się i handlował z szemraną portowa żulią.

    To byłaby moralna obsuwka i to spora obsuwka.
  • @tańczący z widłami 15:06:16
    Kiedys za komuny byl napis na scianie w ustepie dworca Lodz Fabryczna: "Gdanszczanie sa huje.Lodzianin."Czy ty przypadkiem nie jestes z Gdanska i ciebie sie to tyczylo?
  • @staszek kieliszek 09:18:32
    W przeciwieństwie do szanownego kolegi, nie mam zwyczaju korzystać z dworcowych przybytków, więc nie bardzo się orientuję jaka kwitnie tam twórczość, ale podpowiem, że z Gdańskiem ściśle związany jest Donald Tusk, Jerzy Owsiak, a także Lech Wałęsa.
  • @staszek kieliszek 09:18:32
    Zdaje się "dworcowa" notka szanownego kolegi Staszka - emigranta z Polski, jest emocjonalną reakcją na anegdotę o Żydzie i polskim prawniku emigrancie wysłanym przez Kiszczaka.
    Nie chciałbym urazić prawników, wiec w tej kwestii mogę jedynie dodać, że nie tylko prawników wysyłano na emigrację jako słupy. Kiszczak wysyłał ludzi różnych zawodów i profesji.
  • Zmiany klimatyczne , nadprodukcja CO2, o których mówi się oficjalnie i głośno , to przykrywka dla tajnej broni ektromagnetycznej
    pozostającej poza wszelką kontrolą i coraz częściej tajnie stosowaną na planecie ziemia , skutkującą tsunami, trzęsieniami ziemi, powodziami i nawodnieniami , kataklizmami pogodowymi , mającymi na celu zastraszyć ludzkość po to , by móc ją całkowicie zniewolić.

    Materiał filmowy demaskujący fakt testowania broni elektromagnetycznej /pogodowej w Parku na Zdrowiu w Łodzi
    https://www.youtube.com/watch?v=-Mj2tPT7fmA&t=605s&fbclid=IwAR3l7z5GkFB05zIFBTmcX3joWbM7WqADW9iEr9FgFh4bAeNnsbKnOB4q3Ns

    Pod filmem tym sztucznie zaniżana jest jego oglądalność.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930