Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
409 postów 2144 komentarze

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Lekarz z powołania. Polak - Patriota. Humanista. Misja i Cel Mojego Życia - Pomagać innym ludziom.

AMEN - Autobiografia Naukowa - Odc. 24

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Wigilia w... Broken Hill a dokładnie w Tibooburra.. Australia jest krajem wyjątkowym, pod wieloma względami. Jest olbrzymią wyspą, całkiem inną niż pozostałe kontynenty otoczone oceanami.

AMEN Autobiografia Naukowa Odc 24.

Wigilia w... Broken Hill a dokładnie w Tibooburra...

Właśnie akurat w Wigilię 1980 roku, miałem rozpisany dobowy dyżur w Royal Flying Doctor Service.
Pierwszy raz w moim świadomym życiu, kiedy ten dzień spędzałem absolutnie sam - bez rodziny i bliskich;
pośród zupełnie obcych ludzi, w dodatku „na służbie” – w samolocie.
W dodatku Wigilia zapowiadała się...zupełnie inaczej niż w Polsce.
Było upalne, suche lato, długie dni i temperatura ok. +40 st. C.

Ok. 12.00 godz., niemal w samo, upalne południe, dostałem wezwanie do chorego, gdzieś tam - na farmie blisko miejscowości Tiboobarra; około 400 km od Broken Hill.
Wsiadłem więc z pilotem do małego samolotu, który ten dystans pokonał kilka godzin. Sam lot okazał się niezapomniany: silne wiatry, huśtały naszą „Cessną”, jak balonikiem, małą zabawką; do tego stopnia, że w pewnym momencie, zwyczajnej ludzkiej wątpliwości pomyślałem – my nigdy tam nie dolecimy!
Ale wbrew obawom - udało się, choć Św. Mikołaja na saniach, po drodze nigdzie nie widziałem.

Po wylądowaniu, wsiedliśmy do samochodu, który zawiózł nas na farmę; jeszcze przez jakieś dwie godziny
pustki i bezdroży. Wtedy też poznałem prawdziwe realia, bezmiarów Australii.
Pacjentem okazał się, starszy mężczyzna - farmer, u którego podejrzewałem ostry zawał serca.
Postanowiłem natychmiast zabrać go do szpitala – ale on stanowczo odmówił, przepraszając za kłopoty związane z wezwaniem, twierdząc wprost: tu jest jego ziemia i tu będzie jego cmentarz, z którego on nigdy się nie ruszy...

Zrobiłem co mogłem, po czym wróciliśmy na „lotnisko”, które składało się z pasa startowego oraz małej budki z tektury, bez podłogi i ścian dla obsługi.


Tam jednak okazało się, że meteorolodzy przez radio, zapowiedzieli burze piaskowe, plus silne wiatry i z uwagi
na tę prognozę pogody – wszystkie loty z Tiboobara – przynajmniej do 24.00... zostają odwołane.
Sytuacja była niecodzienna, raczej nietypowa. Początkowo myślałem, że przyjdzie mi spędzić noc na pustyni wśród pająków, jaszczurek i Aborygenów, a w najlepszym razie w samolocie.

Aż tu nagle niezwykła niespodzianka...
Okazało się, że „władze miasta” Tiboobara, zaprosiły mnie i pilota na kolację wigilijną, do Hotelu Rodzinnego,
„na rynek”, w której mieli uczestniczyć wszyscy mieszkańcy miasta.
(W sumie całe miasto liczyło może około 40 osób).

Podczas kolacji zaserwowano tradycyjnego grilla: z kangura, strusia i bawołu wraz z pieczonymi kartoflami, jarzynami – no i chlebem tostowym. No i oczywiście…piwo, na szczęście zimne.
Nie było jednak tradycyjnych potraw wigilijnych; żadnych sałatek, warzyw czy ryby.

Byłem tak głodny, że zdecydowałem nie przestrzegać postu i muszę przyznać, że steki z kangura i strusia smakowały mi wyśmienicie. Znalazła się też whisky no i wódka – w dużych obfitościach.
Było wprost nierealnie, jak w bajce: za górami i za lasami...chociaż tam akurat były bezmierny step i pustynia.

Opowiedziałem „tambylcom” trochę o Polsce; tradycjach wigilii w naszym kraju, co dla wszystkich
było niezwykłą sensacją.
Ponieważ nie było tam opłatka, z mojej inicjatywy wszyscy podzielili się chlebem i złożyli sobie życzenia świąteczne.
Wspomniałem o naszych tradycjach, kolędach; zrobiło się dość miło, rodzinnie.
Potem Mayor miasta, poprosił mnie abym może zaspiewał jakąś Polską kolendę; no i na jego i innych życzenie, zaśpiewałem solo - „a capella”- "Wśród nocnej ciszy". Oczywiście w ojczystym języku.

Wszystkim obecnym, bardzo się to spodobało, więc ja rozochocony, kontynuowałem swój występ artystyczny
już po angielsku utworem- „Silent Night” - jedną z najpiękniejszych, moim zdaniem kolęd międzynarodowych, znaną chyba nawet tam i wszystkim. Stwierdzono, że mam całkiem dobry głos.

Na koniec, po wielu drinkach, przy upale i gwiaździstej, cichej nocy – pod niebem Tiboobarra –
ciągle nalegany na jeszcze, doszedłem do wniosku; wydawało mi najbardziej właściwe zaśpiewać:
"I am dreaming of the White Christmas" (Marzę o białym Bożym Narodzeniu – takim ze śniegiem)...

Tak też uczyniłem.
To było przecież Boże Narodzenie, upalne lato – a mnie się zamarzył biały śnieg i białe Święta.
Wieczór i noc były naprawdę urokliwe i niezapomniane... Jak i kolendy...
To był jedyny koncert solowy w moim życiu a w dodatku... zapłacono mi za występy...

W prezencie od Mayora miasta, (katolika, Irlandczyka o nazwisku Kelly), na pamiątkę wizyty tam,
dostałem mały „nuggatt” -samorodek złota.
Wręczając mi go Mayor Kelly powiedział, zaklinając abym zawsze ten nuggatt nosił na szyi;
żebym go nigdy nie zgubił...
Bo ten samorodek, będzie przynosić mi szczęście. Dopóki będę go nosił - Fortuna zawsze będzie mi sprzyjać.
Ale jak go zgubię... - może być ze mną źle.

Myślałem wtedy... to żart, że Mayor mówił tak, bo był nieźle, po irlandzku wstawiony.
Nie jestem osobą przesądną, ale przynajmniej w tym wypadku, słowa Mayora Kelly spełniły się.
Nosiłem ten Golden Nuggett, zawsze ze sobą, na złotym łańcuszku.
Właściwie do czasu przyjazdu, powrotu do Polski. I właściwie, do tego czasu, wszystko mi się w życiu dobrze układało.
Pewnego jednak dnia jakoś, gdzieś – nawet nie kojarzę okoliczności – zginął mi ten łancuszek i ten Nuggett.
Nie przywiązywałem do tej okoliczności i do zguby większej wagi.

Ale po kilku miesiącach... własciwie wszystko...w moim życiu, zaczęło się źle układać!
Podjąłem kilka złych albo bardzo złych decyzji biznesowych, nawiązałem niewłaściwe znajomości.
Wszystko zaczęło się komplikować. Będę o tym pisał – w dalszym ciągu swojej autobiografii.
Dopiero rok temu, zupełnie przypadkowo odnalazłem swój Nuggett. I znów codziennie go noszę.
W ogóle nie chcę zdejmować. Mam nadzieję, moje życie wróci do normy i do szczęśliwości.

Wracając do Tiboobarra - To był prawdziwie niezapomniany wieczór - nie tylko dla mnie.
Takie wieczory; takie chwile... zdarzają się tylko raz w życiu.

Wtedy- tak naprawdę zrozumiałem, jak ogromna i zupełnie inna jest Australia.
Jak różni są ludzie, jak inne są ich style życia i zacząłem dostrzegać, jak całkowicie odmienne,
jest w zasadzie tam wszystko: świat, przyroda, natura, zwierzęta, ludzie, wiara, wartości.

Każdy lot w nieznane, przynosił na ziemi kolejną niespodziankę i koloryt.
Inne spojrzenie na to dziś, od tego co było wczoraj.
Człowiek patrząc na zachód słońca, widzi to samo, ale z innej perspektywy.
I to samo - zawsze wtedy jest inne. Między chmurami centralnej Australii a bezmiarem pustyń i oceanów wokół tego kontynentu, właśnie wtedy zrozumiałem tę, inną, zupełnie nową dla mnie - filozofię życia.

Australia jest krajem wyjątkowym, pod wieloma względami.
Jest olbrzymią wyspą, całkiem inną niż pozostałe kontynenty otoczone oceanami.
Kilkanaście tysięcy lat temu, przed epoką pierwszego (znanego) globalnego ocieplenia - Australia była częścią Eurazji, połączona z nią drogą lądową. Znajdują się tam rzeczy, niespotykane gdzie indziej.
Nie tylko chodzi o unikalną florę i faunę. Pomimo olbrzymich przestrzeni, zawsze odczuwa się, że jest wyspą, odizolowaną niejako od reszty świata. Przynajmniej takie sprawia wrażenie.

Pomimo, że spędziłem tam większość swojego dorosłego życia, nadal, gdy tam jestem wydaje mi się,
że uczę się tego kraju i odkrywam Australię niejako od nowa.
Takie uczucia nigdy nie towarzyszyły mi w Europie, Azji czy obu Amerykach.

Przeżyć, które towarzyszyły mi w Australii nigdy nie zapomnę.
Ale: „Sempre – Memento Glory - Memento Mori”

Podczas pobytu w Broken Hill, rzadko miałem czas wolny, tylko dla siebie, więc kiedy się tak zdarzało,
chodziłem spacerem na skraj miasta by spojrzeć w nieskończoną przestrzeń pustyni.
Pokonywałem pieszo kilka kilometrów piaszczystymi, pustymi bezdrożami, aby znaleźć się w punkcie
docelowym przy ogromnej skale, wysokości kilkunastu metrów, w kształcie piramidy.
Siadałem na jej szczycie, czasem z buteleczką wina i siedziałem godzinami rozmyślając…

Pośród zatrzęsienia wszelakich owadów podchodziły do mnie kangury, strusie, goany (jaszczury) i króliki. Próbowałem nawet z nimi rozmawiać, ale tylko kangury i strusie wydawały się słuchać.
Przynajmniej takie sprawiały wrażenie, bo nadstawiały uszy.

Był rok 1981 - w połowie listopada, zaczęło bardzo ulewnie padać i trwało to przez kilka tygodni.
Deszcze w Broken Hill należały do rzadkości, a taka ulewa, zdarzyła się ponoć pierwszy raz w pamięci
żyjących obywateli miasta. Wreszcie wyszło słońce i wróciły upały. Czyli normalność.

Postanowiłem, więc wybrać się na wycieczkę do mojej piramidy, ale nie mogłem odnaleźć drogi;
zupełnie nie mogłem rozpoznać krajobrazu. W miejscu pustynnych bezdroży...kwitły teraz tropiki i dżungla. Oczywiście nie były to drzewa, ale krzewy; były zarośla, rzeczki, stawy...
Z wielką trudnością, po paru godzinach odnalazłem „swoją” piramidę.
Byłem wprost oczarowany tą bujnością i żywiołem przyrody.

Skojarzyłem natychmiast, że np. dorzecze Amazonki pokrywa obszar około 7.5 miliona kilometrów
kwadratowych czyli teren zbliżony jest do Australii.
Pomyślałem, że gdyby taka rzeka płynęła w Australii, byłby to całkiem inny kraj: tropikalnej dżungli.
Bo przecież to kraj pustynny. Ziemia jest bardzo urodzajna - brakuje tylko wody.

Po kilku tygodniach znowu poszedłem do piramidy.
Wszystkie wody i roślinność wyparowały razem z suszą. Krajobraz wrócił do normy pustynnej.
I to jest właśnie Australia… Całkowicie inna od pozostałych kontynentów i krajobrazów.

Broken Hill - było dla mnie wielką i wspaniałą przygodą. Niezapomnianą. Jednak po absolutnym zauroczeniu niezwykłością miejsca, zaczęła mi doskwierać samotność. Nic tylko praca i praca….
Jedyną atrakcją była sala koncertowa, gdzie...raz w miesiącu, grano koncerty i spektakle teatralne.
Na niezbyt wysokim poziomie. Głównie bzdurne farsy, komedie, dla poklasku okolicznej gawiedzi.

Raz na tydzień, w tej także sali urządzano kino, ale repertuar także był średni.
W mieście, w tym czasie wprawdzie tworzył, słynny malarz australijski - ProHart, ale jego twórczość
nie była z kolei w moim guście. Odbierałem ją jako zwykłą, powtarzalną komercję.
Obrazy buszu, kolory, motywy wszystkie takie same, na sprzedaż pod publikę, nieco zblazowaną trendem manipulowanej mody.

Jednym z głównych problemów Broken Hill była izolacja miasta od reszty kontynentu.
Do Sydney było 1,200 km; Perth 3,000km; Brisbane 1600 km. Najbliżej była Adelajda- odległa 600 km.
Byłem tam parę razy, szczególnie w okolicach Barrossa Valey, słynnej z winnic i plantacji najlepszych winogron, założonych już w XIX wieku przez emigrantów z Niemiec, Holandii, Francji.
Niewątpliwie wina australijskie, moim zdaniem należą do najlepszych na świecie.
I co równie istotne – są o wiele tańsze niż porównywalne francuskie.

Centrum Australii – to jedno z moich ukochanych miejsc na ziemi.

Koniec Odcinka 24.
Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • 5***** Autor
    http://m.neon24.pl/3b6c06606f65b4ba07e7539f0ad7c5ba,14,0.jpg
    Jedna sprawa łączy Polskę z Australią.
    Jak Aborygeni jesteśmy tubylcami.

    Serdecznie Pozdrawiam
  • Jestem ciekaw
    gdzie Pan zgubił ten kawałek złota? W australii czy w Polsce? Kiedyś też nie wierzyłem w takie "bzdury". Dzisiaj mam zupełnie odmienne zdanie na temat, ogólnie mówiąz ezoteryki. Wszystko jest krążącą energią, a my nie mamy pojęcia o mechanizmach rządzących światem.
  • @zadziwiony 12:58:17
    Witam Pana,

    Ten kawałek złota (Nuggatt) odnałazłem przypadkowo, w tylnej kieszeni szortów. Stało się to w Polsce, kiedy wybierałem się do Australii...
    Chciałem po prostu wyprać trochę ubrań - do gorącego klimatu, przed wylotem ale przed włożeniem ich do pralki, sprawdziłem kieszenie...
    No i znalazłem nuggatt.

    Od tej pory, trzymałem go zawsze na złotym łańcuszku na szyi.
    Zabrałem go ze sobą do Australii... ale niestety, nienacieszyłem się nim zbyt długo.
    Pływając na dość dużych falach Pacifiku, zgubiłem nuggatt z powrotem - tym razem chyba bezpowrotnie.

    No cóż takie to już życie.

    Pomimo tego szczęście chyba mi ostatnio dopisuje.
    A ja dopisuję swoją autobiografię - AMEN

    Pozdrawiam serdecznie
  • 150 trudnych pytań
    Bardzo przepraszam szanownego autora, że od jakiegoś czasu nie czytam Pańskich odcinków na bieżąco. Ale wiadomo, święta idą i związana z tym nieodłączna krzątanina, prezenty, choinka, karpik, pierogi itd.
    Dziś jednak w chwili wolnego czasu przeczytałem wyrywkowo odcinek 23 i prawdę mówiąc zafascynował mnie.
    Zafascynowała mnie zwłaszcza ta australijska bezpretensjonalność, łatwość i prostota z jaką i Pana, było nie było lekarza z byłego bloku wschodniego, który nie ukończył żadnej medycznej uczelni w Australii, przyjmowały szpitale do swojego grona.
    W związku z tym chciałem dopytać.
    Jak poszedł Panu egzamin uprawniający do praktykowania jako lekarz na terytorium Australii ?
    Na pewno sobie Pan go przypomina, chodzi mi o ten z 150 pytaniami na które daje się odpowiedzi : tak lub nie, a który musi zdać KOMISYJNIE !!! każdy lekarz w Australii bez wyjątku do dziś dnia (to wymóg ustawowy), zanim zostanie zarejestrowany jako lekarz praktykujący i dopuszczony do jakiegokolwiek, nawet najprostszego zabiegu.
  • @tańczący z widłami 14:29:33
    Rozumiem, że z wiadomych względów nie otrzymam odpowiedzi na zadane pytanie. Chociaż jeżeli Pański "Amen", ma jak mniemam spełniać dla Pana osobistego rozwoju również rolę "Katharsis", to szczera odpowiedź w tym względzie, byłaby w tym przypadku jak najbardziej potrzebna.
    W przeciwnym razie "Amen" zjedzie po równi pochyłej ponownie w przepastną otchłań hagady, a szansa na "Katharsis" upadnie bezpowrotnie.
    Proszę ponownie o podanie wyniku testu 150 pytań. To uwiarygodni Pana w oczach czytelników.
  • Czy to był rok 1968 ?
    Panie Opara.
    Bardzo intrygują mnie Pańskie losy i Pana rodziny.
    W odcinku 22 pisze Pan cyt : "moja żona... miała dużo rodziny w Ameryce i wszyscy byli emigracją powojenna". kon. cyt.
    Jestem ciekaw w którym roku rodzina Pańskiej żony wyjechała z kraju ?
    O jaką emigracje powojenną chodzi ?
    Bo z tego co pamiętam zwykli polscy obywatele nie mieli kompletnie, ale to kompletnie żadnych szans wyjechać po wojnie na jakaś emigrację.
    Wyjeżdżać za żelazną kurtynę mogli jedynie przedstawiciele władzy, resortowcy, przedstawiciele służb, wypuszczano też tzw. śpiochów i tym podobnych swojaków.
    Jak to się stało, że skądinąd patriotyczna z pewnością i zasłużona dla
    niepodległej, wolnej Polski rodzina Pańskiej żony, ot tak sobie wyemigrowała ? Kto jej dał paszporty ? Na jakiej podstawie ?
    Czy może miał Pan na myśli emigrację z 1968 ?
  • @tańczący z widłami 15:58:36
    W takim razie podpowiedz mi za jakie pieniądze zostało pobudowane podkarpackie. Było tam już za komuny było pełno domów i pensjonatów o wielkości ponadprzeciętnej w stosunku do średniej polskiej. Tak mi się obiło o uszy, że te chaty, to za amerykańskie dolary były budowane przesyłane przez górali tyrających w ameryce. Obiło mi się też o uszy , że prawie każda góralska rodzina miała w USA swojego człowieka i ciągle się wymieniali, by sprawiedliwie w rodzinie pieniądze rozłożyć.
    Ale też musiało było ubeków i kapusiów wśród tych górali...
  • @zadziwiony 22:21:43
    Pan Opara mówi o latach powojennych, czyli należy przyjąć kilka, w najskrajniejszym przypadku kilkanaście lat po wojnie, a exodus górali za ocean miał miejsce znacznie później (kiedy komuna już lekko odpuszczała i na gwałt potrzebowała dewiz), dopiero w połowie lat 70-siątych.
    Czyli mylisz epoki.
  • @tańczący z widłami 14:29:33
    Szanowny Panie TzW,

    Widzę, że napisał Pan skoro komentarzy i że w pewnym sensie Pan - próbuje "Play the role of Devils advocate" - grać rolę adwokata diabła,
    a mówiąc po Polsku - próbuje Pan podważyć moją wiarygodność.

    Pana "święte" prawo - a więc będę odpowiadał po kolei.
    Mam nadzieję, że wybaczy mi Pan, że odpowiadam po kilku godzinach, ale mieszkam teraz w Australii - która jest 9 godzin do przodu - i Pana pytania przyszły do mnie w środku nocy.

    Przyjechałem do Australii 13 stycznia 1980 roku, jako emigrant.
    W marcu zacząłem chodzić do Sydney Hospital jako "Medical Observer"
    i po paru tygodniach, w dośc dziwnych okolicznościach (brak personelu)
    z konieczności - zacząłem tam, tak naprawdę pracować jako lekarz na Izbie Przyjęć (Accident and Emergency Department) - IP - A&ED.

    Ponieważ, większość lekarzy pracujących na IP było stażystami, bez większego doświadczenia w przypadkach nagłych - ja, mając kilka lat doświadczenia z pracy w Polsce (jako anestezjolog w Szpitalu Banacha) przejąłem też rolę nieformalnego "dyrektora" IP.

    Potem tak jak opisałem, udało mi się uratować życie mężczyzny, którego przywiózł ambulans (w stanie śmierci klinicznej), który jak się potem okazało był również lekarze, członkiem AMRB (Australian Medical Registration Board).

    To własnie jemu zawdzięczam uzyskanie Rejestracji Medycznej, którą przyznawała AMRB. AMRB - miała takie uprawnienia.
    Dzięki temu następne kilka lat, pracowałem mając Rejestrację Medyczną w kilku szpitalach w NSW oraz jako prywatny lekarz General Practitioner - tzw GP. NIE MUSIAŁEM ZDAWAĆ EGZAMINU - AMEC - Australian Medical Examining Council).

    Pierwszą moją pracą, bardzo dobrze płatną była praca w Broken Hill.
    Tam po prostu brakowało lekarzy i w zwiazku z tym tam pracowałem jako Resident Medical Officer, często wykonując obowiązki anestzjologa, którego tam wtedy nie było. Taka była konieczność.

    Po kilku latach jednak AMRB zdecydowało nie odnowić mojej rejestracji medycznej - z nieznanych dla mnie powodów. Pracując kilka lat jako lekarz w różnych placówkach służby zdrowia - nidgy nie popełniłem żadnego błedu medycznego.
    Decyzja AMRB - była dla mnie niezrozumiała, przypuszczam, że w grę weszły m.in. zmiany na arenie politycznej - Partia Pracy doszła do władzy i była ideologicznie przeciwna prywatnej służbie zdrowia; prócz tego byłem wtedy już dośc zamożnym lekarzem, zarabiałem wiele - a więc może zwykła zazdrość ludzka...Nie wiem.

    Pozwałem AMRB do Sądu - ale w sumie sprawy nie wygrałem.

    Próbowałem potem nawet zdawać AMEC exam - ale go nie zdałem - to był chyba jedyny egzamin, w życiu którego nie zdałem

    Będę pisał o tym wszystkim w następnych odcinkach - w szczegółach.
    Ale niestety Pan mnie uprzedził - musiałem więc odpowiedzieć.

    Mam nadzieję, że to Panu wyjaśni pewne sprawy - za chwilę napiszę więcej.

    Ukłony i pozdrowienia

    Ryszard Opara
  • @tańczący z widłami 15:48:32
    Szanowny Panie TzW,

    Mam nadzieję, że w zasadzie szczegółowo odpowiedziałem Panu na to pytanie w poprzednim komentarzu - ale na wszelki raz powtarzam -

    Uzyskałem w Australii Rejestrację Medyczną - poprzez decyzję AMRB - Australian Medical Registration Board - bez zdawania egzaminu.
    Zgodnie z prawem AMRB - ma prawo taką rejestrację przyznać, każdemu lekarzowi, który ukończył studia poza Australią - jeżeli AMRB uzna, że taki lekarz może, zasługuje na taką rejestrację - bez egzaminu.
    Nie znam tych reguł, ale przypuszczam, że chodzi o dobrych sprawdzonych w działaniu lekarzy.

    Przez kilka lat, pracowałem jako lekarz na podstawie tej rejestracji.

    Po kilku latach AMRB podjęło nie przedłużać mojej rejestracji - w Australii Rejestrację Medyczną odnawia się co rok.

    Tak jak wspomniałem, próbowałem zmienić decyzję AMRB, poprzez działania prawne - ale bezskutecznie.

    Zdawałem egzamin AMEC (Australian Medical Exam. Council) raz po kilku latach - ale go nie zdałem. Przestałem wtedy praktykować - no i właśnie to było jednym z głównych powodów - że potem zająłem się budową i zarządzaniem prywatnych szpitali.

    Mam nadzieję, że Pan wreszcie mnie zrozumie. A jak nie to trudno.
    Nic więcej nie mogę dodać.

    W jednym względzie ma Pan rację:
    "Amen" jest dla mnie podsumowaniem - oczyszczeniem życia.
    "Katharsis" - AMEN.

    Ukłony

    Ryszard Opara
  • @tańczący z widłami 15:58:36
    Szanowny Panie TzW.

    Cała rodzina mojej żony pochodziła z Litwy - z XV wieku.
    Była to rodzina Goreckich, spokrewniona z Jeleńskimi, Zaleskimi a nawet Mickiewiczami.
    (Dokładnych informacji może udzielić stryjenka żony).

    Przed wojną byli właścicielami kilku majątków w okolicy Wilna, Troków
    Dziadek i np. babcia - urodzili się w miejscowości Glińciszki, mieli tam przepiękną posiadłość. Zwiedzałem Litwę kilka razy w latach 1996-2001
    odwiedziłem Wilno i dawne majątki Goreckich, Jeleńskich, Zaleskich.

    Były to dosyć liczne rodziny. Większość mężczyzn, służyła w wojsku,
    dwóch dziadków stryjecznych mojej żony, zgineło w Katyniu a ich żony, razem z dziećmi zostali wysłani na Syberię.

    Niektórzy przeżyli wojnę i jakoś im się potem udało, razem z armią Andersa - poprzez Bliski Wschód wyjechać do Argentyny i USA.

    Jak wspomniałem - były to liczne rodziny, miały liczne potomstwa - ale była to emigracja czasów wojny, albo tuż powojenna. (II Wojna)
    Kto dawał paszporty w czasie wojny i tuż po - nie wiem.

    To nie była żadna emigracja - po 1968 roku - jak Pan sugeruje, mając na myśli - wiadomo co...

    Niestety, tak jak wspomniałem, większość członków rodziny żony, którzy mieszkali w USA - słabo mówiła po Polsku (dobrze po Francusku)
    Nie wiem dlaczego tak było - ale po prostu widocznie żyli w srodowisku Polskim - i zawsze używali Polskiego Języka. Tak po prostu było.

    Moja rodzina pochodziła z Kieleczczyzny a mój Pra-Pra-Pra dziad - Stefan Opara - był Polakiem z Ukrainy; był m.in. następcą Hetmana Bohdana Chmielnickiego - po jego śmierci.

    Ukłony i pozdrowienia

    R Opara
  • @Ryszard Opara 01:51:20
    Ten TZW to niezly demokrata a ja podziwiam Panska swieta cierpliwosc w odpowiadaniu mu.
  • @Ryszard Opara 00:35:08
    Bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedź dotyczącą Pańskich trudnych początków działalności zawodowej na antypodach.
    Australia to jednak cudowny kraj, co ja mówię cudowny, to wręcz kraj niespotykanych cudów i nieprawdopodobnych przypadków. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt niesamowitego przypadkowego spotkania na ogromnym kontynencie australijskim na swoim nocnym dyżurze, jednego z kilku funkcjonujących tam lekarzy z komisji kwalifikacyjne AMRB, przyznającej certyfikaty lekarskie, intubowanie go i uratowanie mu życia, a następnie w trymiga otrzymanie w ramach podzięki certyfikatu bez konieczności zdawania egzaminu AMEC.
    Miał Pan ogromne szczęście Panie Opara.
    Niestety mój znajomy lekarz, który też w latach 80-tych wyjechał do Australii tyle szczęścia nie miał. Aby pracować w szpitalu, musiał omijać prawo i stale składał wnioski do AMRB o dopuszczenie do egzaminu 150 pytań i nigdy( po pierwszym niezdaniu) już do nich nie przystępował.
    Starając się o pracę w kolejnej placówce medycznej, przedstawiał dyplom ukończenia polskiej uczelni medycznej i dołączał wniosek egzaminacyjny do AMRB na lekarza rejestrowanego i w ten sposób otrzymywał warunkowo pracę. Działał tak przez kilka lat.
    Czy ten proceder jest Panu w jakikolwiek sposób znany, lub słyszał Pan o nim ?

    Bardzo to się Panu chwali, że zdobył się na odwagę i przyznał, że nie zdał egzaminu kwalifikacyjnego.
    Ale w zasadzie nie rozumiem dlaczego tak zdolny lekarz jak Pan miał trudności z jego zdaniem.
    Szczególnie zastanawia mnie bardzo niska wiedza w zakresie ginekologi. Czy jest prawdą, że było to jedynie 11 punktów, czyli tylko 11 trafnych odpowiedzi ?
    Jak to się stało, że osoba uwielbiająca kobiety, kochająca kobiety, znającą się na kobietach, na temat ich budowy, rozrodczości i chorób, wiedziała tak niewiele?
    I czy jest również prawdą, że za praktykowanie bez pozwolenie został Pan zatrzymany przez Australijski wymiar sprawiedliwości i osądzony ?

    P.S. Panie Opara.
    Napisał Pan w odpowiedzi blogerowi zadziwionemu w temacie zgubionego złotego samorodka cyt: "Pływając na dość dużych falach Pacifiku, zgubiłem nuggatt z powrotem - tym razem chyba bezpowrotnie ".

    Proszę nie tracić nadziei na odnalezienie samorodka w Pacyfiku. Przy Pana ogromnym szczęściu (chyba ktoś, jakieś moce czuwają nad Panem, jestem o tym przekonany) odnajdzie Pan swój nuggatt.
    Proszę jedynie pójść na ryba byle gdzie nad Pacyfik i zarzucić wędkę.
    Jestem przekonany, że przy Pana szczęściu już po godzinie złowi Pan dwumetrowego tuńczyka w którego żołądku będzie nuggatt i to wraz z łańcuszkiem.
    Pozdrawiam
    TzW
  • @Ryszard Opara 01:51:20
    Bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedź dotyczącą Pańskiej Rodziny. Wspaniałe korzenie, wspaniali przodkowie. Gratuluję.

    P.S. Natomiast dla głębszego poznania genealogi własnych przodków i ich dziejów, dobrze byłoby dowiedzieć się kto im wydał paszporty.
    Pisze Pan cyt : "Kto dawał paszporty w czasie wojny i tuż po - nie wiem."

    Otóż podpowiem, że w czasie II wojny światowej paszporty wydawali Niemcy. A także nielegalnie w małych ilościach polska podziemna armia, która pewnym polskim obywatelom specjalnej troski wyrabiała paszporty najczęściej peruwiańskie, boliwijskie, chilijskie itd.
    Po wojnie zaś paszporty wydawali komuniści z wydziałów paszportowych prze MSW- Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.
  • @tańczący z widłami 11:28:09
    Szanowny Panie TzW,

    Jak widzę ma Pan informacje z niewiarygodnych źródeł. Pewnie są to informacje prasowe, pisane przez nieprzychylnych mi dziennikarzy - tworzący tzw "fakty prasowe".

    Egzaminu nie zdałem, ponieważ moim zdaniem pytania były ściśle teoretyczne, z zakresu medycyny - dla studentów ostatniego roku.
    A ja skończyłem studia 12 lat wcześniej - i wiele rzeczy po prostu już nie pamietałem...
    Pytania z zakresu ginekologii - nie wiem, ale jedno jest pewne były to pytania czysto medyczne. Moje doświadczenia dotyczące "Płci Pięknej" - nie mają nic wspólnego z medycyną.

    Inne rzeczy o których Pan pisze są niezgodne z prawdą.

    Mam nadzieję, że za Pańską radą - odnajdę swój nuggatt.

    Pozdrawiam

    R Opara
  • @Ryszard Opara 13:57:40
    O ile mi wiadomo, wyraz oznaczający samorodek to w angielskim nugget.
    Słowo to w slangu australijskim jest też określeniem bobka (owczej kupy)...
  • @Ryszard Opara 13:57:40
    A wracając do tematu paszportów i kto je wydawał, Niemcy, podziemie, czy komuniści to :
    Moja rodzina nie miała tyle szczęścia z emigracją i otrzymaniem paszportów co Pańska.
    Po zamordowaniu przez hitlerowców mojego dziadka zimą na przełomie 1940/41, za udział w Powstaniu Wielkopolskim, moja babcia zwróciła się do władz niemieckich z wnioskiem o możliwość wyjazdu do GG, ale niestety nawet tam odmówiono jej wyjazdu i nie dano "paszportu".
    Dotarła więc do działającej w konspiracji komórki polskiego wywiadu i poprosiła o wyrobienie paszportu na wyjazd gdziekolwiek.
    Tu też jej odmówiono, bo nie była w konspiracji, nie była zagrożona i nie wymagała przerzutu, ani też nie była obywatelem polskim specjalnej troski (zresztą jej typowo słowiańskie rysy jasne włosy, niebieskie oczy wykluczały tą wersję).
    Po wojnie komuniści też nie dali jej paszportu i możliwości wyjazdu.

    A więc bardzo się cieszę, że chociaż Pańska rodzina nie miała kłopotów z Niemcami, polskim podziemiem i komunistami, a tym samym z otrzymaniem paszportów i wyjazdem z kraju w czasie wojny i zaraz po wojnie.
  • @tańczący z widłami 15:32:53
    Szanowny Panie TzW,

    Przykro mi, że Pan takie głupoty i bzdury pisze i insynuuje.
    Jak ja mam udowodnic, że to nieprawda?
    Jak mam udowodnić, że nie jestem "różowym słoniem"?.

    Gdyby tak rzeczywiście było - nie mógłbym przez następne wiele lat działać gospodarczo w służbie zdrowia. A ja przez kilkanaście lat budowałem prywatne szpitale, przychodnie, domy opieki...

    Najłatwiej byłoby Pana komentarz po prostu usunąć,
    Ja pominę to milczeniem.
    A PRAWDA zawsze zwycięży.


    Dodam jeszcze jedno...
    Jak widzę, Pana zadaniem jest zdyskredytować to co ja piszę - tak aby zniechęcić innych do czytania mojej autobiografii.
  • @tańczący z widłami 15:56:37
    Szanowny Panie TzW,

    To już moja ostatnia odpowiedź - na Pana bzdurne aluzje, nieprawdziwe komentarze i insynuacje.

    Jak wspomniałem wyżej - Pana zadaniem jest całkowicie zdyskredytować moją osobę i moje pamiętniki.

    Żal mi Pana - widzę, że jest Pan osobą całkowicie zgorzkniałą, która nigdy w życiu nic pozytywnego nie zrobiła i potrafi Pan tylko krytykować innych.

    Jedynym Pana celem w życiu jest zaszkodzić innym.

    Żal mi Pana - proponuję, żeby Pan się zastanowił nad własnym życiem.

    Pozdrawiam

    Dr. Ryszard Opara
  • @Ryszard Opara 00:31:31
    A nie mowilem kilka kratek wyzej , ze z tym TZW ma Pan wyjatkowa cierpliwosc ale limitowana jak sie okazuje.
  • @Ryszard Opara 00:17:54
    Pańskie słowa cyt : " Jak widzę, Pana zadaniem jest zdyskredytować to co ja piszę - tak aby zniechęcić innych do czytania mojej autobiografii".

    Jest odwrotnie.
    Nie zauważył Pan, że ma Pan więcej wejść i komentarzy, kiedy z Panem polemizuję ?
    Dlaczego ?
    Bo przeciętny wytrawny, inteligentny neonowy czytelnik nie chce czytać gładkich, ułożonych, wygładzonych historyjek rodem z Bollywood, kipiących od samych nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności , ciekawych przygód i wspaniałych sukcesów. Nie chce też czytać samych przychylnych, przesłodzonych komentarzy w stylu szanownego staszka kieliszka.
    Wytrawny, inteligentny czytelnik neonu chce znać przede wszystkim prawdę i mieć możliwość poprzez konstruktywną krytykę ocenić to wszystko co zawarł Pan w swojej autobiografii. A także chce mieć wybór którą wersję jako prawdziwą przyjąć lub wypośrodkować, tę zawartą w kolejnych odcinkach "Amena" czy tę z komentarza jakiegoś komentatora, który dotarł do jakiś wiarygodnych sądowych akt lub publikacji i je prezentuje.

    Panie Opara
    Zna Pan to powiedzenie ?
    PRAWDZIWA CNOTA KRYTYK SIĘ NIE BOI.

    Więc proszę się nie bać niepochlebnych komentarzy, bo tak jak Pan powiedział ; prawda i tak zwycięży.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930