Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
332 posty 1796 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Polak. Patriota. Humanista.

AMEN-Autobiografia Naukowa-Odc.39

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Każdy człowiek, powinien szukać i odnaleźć w sobie Giganta, - a z jego pomocą wygrać czas i swoje życie. Punktem wyjściowym jest jednak precyzyjna definicja: Kim jestem i co mogę?

Pierwsze koty za polskie płoty

Pewnego dnia, pojawił się u mnie w biurze w Sydney, pewien bardzo znany już wtedy polityk, który -
bez ogródek, ale w moim ogrodzie stwierdził, że przejrzał mój życiorys, zna dobrze moje osiągnięcia
i obecną sytuacją oraz, że jego zdaniem, powinienem wrócić do Polski i zająć się może gruntowną...
reformą... Służby Zdrowia... właśnie w naszym kraju.
Wiedział, że zbudowałem dużą grupę prywatnych szpitali, byłem też jednym z dyrektorów dużej firmy ubezpieczeniowej, dokonałem sporo innych rzeczy w sektorze służby Zdrowia w Australii.

Twierdził nawet, że jego ugrupowanie, partia - ma szanse wygrać wybory i jeżeli tak się stanie – będę
miał dużą szansę, (jak się też postaram) objąć resort służby zdrowia – może jako minister.

Nie bardzo w sumie...wiedziałem tak do końca o co mu chodzi, ale przyjąłem jego słowa w dobrej wierze
a że, w dodatku miałem gdzieś w podświadomości „kompleks latarnika” - Sienkiewicza, wtedy zresztą i tak,
coraz bardziej byłem przekonany - do naszej przyszłości w Polsce.

Zresztą w tym czasie podobnych porad powrotu z emigracji - pojawiało się coraz więcej, a więc postanowiłem... wracać. Żona, akurat wtedy była właściwie trochę przeciwna i jak to zwykle ona - bardzo ostrożna.

Niby chciała, a jednak się bała. Wiedziałem, że jeśli skutek naszej decyzji będzie negatywny powie:
A nie mówiłam! Jeżeli natomiast wszystko będzie dobrze, ona wtedy skomentuje to milczeniem.
Taka właśnie jest natura kobiet, o ile ja/ktokolwiek zna...ich naturę.

A ja - jako lekarz anestezjolog; w przeszłości wojskowy, często musiałem podejmować decyzje samodzielnie. Wychodziłem z założenia, że najgorzej jest nie podejmować w ogóle żadnej decyzji i tak trwać…”na płocie”. Niestety w moim życiu, to często - ale nie zawsze się sprawdzało.

Obecnie postępuję zgodnie z radą, której udzielił mi wiele lat potem, znany polityk, Prezes wielu
Firm państwowych, (np. TVP), obecnie znany konsultant biznesowy – Wiesław Walendziak:
Ryszard pamiętaj w życiu jedno: Jeżeli musisz podjąć decyzję, ale nie jesteś absolutnie pewien
co zrobić...- najlepiej nic nie robić”.

To prosta, bardzo życiowa racja. Chociaż - dla niektórych najlepiej, jest być przeciwnego zdania.
Jeżeli wyjdzie i wszystko dobrze się ułoży – najlepiej zapomnieć, przejść do porządku dziennego.
Jeżeli skutek decyzji jest negatywny – niezawodna pamięć mówi: A jednak mówiłem...

Z drugiej strony, pamiętając wykłady z taktyki, podczas studiów w Akademii Medycznej ale także Wojskowej -
nie zapomniałem równie ważnej filozofii - strategii wojennej.
Nie ma nic gorszego, niż dwóch znakomitych dowódców - generałów.Wtedy, zawsze jest duży problem, która decyzja jest właściwa, co w rezultacie powoduje brak koordynacji w działaniach.

No i o ile dawniej, z reguły podejmowałem decyzję szybko, bez wahania, kierowany intuicją – to w tym akurat przypadku...brakowało mi logicznych argumentów na tak; choć i nie było wiele na nie.
Bez wględu jednak na rady i okoliczności, prawdziwych dylematów naszego powrotu
do kraju było wiele. Tak, że nie była to łatwa decyzja.

Było zbyt wiele logicznych „pros and cons”, czyli za i przeciw - zbyt wiele też niewiadomych.
Przecież w Australii mieliśmy stabilizację, na wysokim poziomie: piekną rezydencję, dochodową
prestiżową firmę, pozycję społeczną i towarzyską, znajomości – spokój, pewność i niezależność.
Nasze aktywa mogliśmy oczywiście sprzedać – i wrócić do kraju, jako zamożni emigranci...
ale tam, praktycznie musieliśmy zaczynać wszystko od nowa...
Chociaż... z kasą - początki są zawsze łatwiejsze. A więc...

Analizując sprawy przeszłości -z perspektywy czasu, wydaje mi się, że argumentem jednak chyba
decydującym były moje niespełnione marzenia, plany i ambicje.
W Australii, chciałem zbudować „imperium” prywatnych szpitali...i kiedy mi to w końcu nie wyszło
(z rozmaitych powodów) - podświadomie odczuwałem gorycz i żal do losu i paru ludzi –
z powodu tego, co się stało.

Miejsce moich marzeń było zajęte; cel osiągnięty przez kogoś innego. W rezultacie tych zdarzeń,
straciłem zapał – sens tego co mógłbym nowego zrobić; nie miałem też jakoś wtedy, innych celów -
pomysłów na przyszłość.
Tak... mieliśmy, wspaniałą stabilizację ale wtedy... jeszcze to nie mnie tak bardzo nie interesowało.
Nie chciałem jakoś do końca życia, tak po prostu „odcinać kuponów” z tego majątku co miałem...

Polska, zmiany ustrojowe; transformacja...czułem podświadomie, że to jest moja kolejna szansa życiowa.
W Australii udało mi się wiele zrobić, nauczyć; odbyłem staż w interesach i prywatnej służby zdrowia.
A z takim doświadczeniem oraz naprawdę sporą gotówką, będę miał napewno szansę w kraju ojczystym
osiągnąć to - czego mi się nie udało zrobić w Australii.
Pozycji Lidera w...może - miałem nadzieję - Służbie Zdrowia. Tego jeszcze nie byłem pewien.

Moja ostateczna decyzja powrotu była związana z przekonaniem, że Polska potrzebuje ludzi
doświadczonych, ludzi sukcesu - właśnie takich jak ja.

A więc „kości zostały rzucone – ponad Rubikonem”.
Zdecydowałem także wszystko sprzedać – tak, żeby nie było możliwości odwrotu...
Okazało się wkrótce, że to jednak też nie jest... takie proste...

Oferta zakupu moich akcji i kontroli AHL, ciągle leżała na stole, ale kiedy poinformowałem swoich dawnych znajomych adwersarzy, o zamiarze sprzedaży kurs akcji AHL zaczął znowu nagle spadać.
Być może taki jest właśnie rynek, który nie potrafi utrzymać tajemnicy.
Być może to był zbieg okoliczności albo też inne ludzkie czynniki.
Jednak już zdecydowałem się - nie było odwrotu.
Większość akcji w końcu zmieniła właścicieli, choć po kursie dość zaniżonym.
Zdecydowaliśmy też sprzedać rezydencję – nie było sensu utrzymywać tak pięknej posiadłości
z odległości Polski – to jednak dystans 16 tysięcy kilometrów.
Jednak rynek nieruchomości był akurat w dużym dołku, ale bedąc zdecydowanym,
udało mi się w końcu to zrobić. Niestety w tej materii, też sporo straciliśmy.
Nasz piękny dom – nadal stoi.
Trzeba było zdecydować co z naszymi meblami; czy mamy wynająć jakieś tymczasowy lokal
lub magazyn - na okres, nie wiadomo jaki.
W końcu część naszych antyków zostawiliśmy w Sydney, u znajomych – a całą resztę,
w najętym kontenerze – przewieźliśmy do kraju.
Transport trwał ponad 3 miesiące – a w tym czasie udało nam się kupić nasz pierwszy dom w Polsce.

Były jeszcze nasze 2 Dalmatyńczyki (Flip i Flap) ale to już była kwestia wymogów kwarantanny.
Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz – po trzech miesiącach podróży i kwarantanny –
nasze ukochane pieski wylądowały w Polsce. Specjalny autokar, przywiózł je do naszego domostwa.

Na nasz widok oba pieski oszałaly w skomleniach radości. Przywitaliśmy je... ze łzami w oczach.
Był początek grudnia i pierwszy raz, tej zimy spadł śnieg, który pokrył puszystą bielą, nasze
zalesiańskie łąki. Flip i Flap wyszły drżąco z podróżnej klatki na zewnątrz – ogladając wokół,
wąhając i liżąc śnieg i okolice ogrodu. Dla nich to była absolutna nowość.
W końcu jednak, kilka razy podniosły tylną lewą łapę pod sosną i machając ogonkami –
zaakceptowały wszystkie zmiany. Wróciły w objęcia żony...Ja byłem fotografem zdarzeń...

Cała przeprowadzka i „likwidacja” naszych aktywów na Antypodach – zabrała nam rok czasu...
Uzyskaliśmy z kilku transakcji sporo gotówki, było też wiele kosztów i pomimo, że czekało nas nieznane
– byliśmy już oboje pewni sukcesu. Mieliśmy też w Polsce rodzinę - z obu stron, trochę znajomych
z dawnych lat, a więc...były jakieś punkty zaczepienia pomimo znaków zapytania.
No i niepewności. Wiadomo było - musieliśmy zaczynać wszystko od nowa.

Każdy człowiek, powinien szukać i odnaleźć w sobie Giganta,
a z jego pomocą wygrać czas i swoje życie.
Punktem wyjściowym jest jednak precyzyjna definicja: Kim jestem i co mogę?


W latach 1993-94 podczas długich lotów z Australii do Polski, rozważałem rozmaite możliwości
oraz scenariusze. Myślałem nawet dość poważnie o polityce, zresztą nie pierwszy raz, ale partia,
która obiecywała wygrać wybory, osiągnęła mizerny wynik i ledwo weszła do parlamentu,
a potem znalazła się w opozycji.
Nie było, więc więcej mowy o jakimś miejscu dla mnie. I pewnie całe szczęście.
Po przyjeździe do kraju i wstępnym rozpoznaniu tego, co się dzieje w służbie zdrowia, szybko się
zorientowałem, że reforma systemu, przynajmniej na tamten czas - była po prostu niemożliwa.
Konieczna była zmiana świadomości funkcjonującej nadal w wyobraźniach lekarzy i pracowników
całego resortu - a to najprawdopodobniej wymagało zmian pokoleniowych.

Reforma SZ była niemożliwa z wielu powodów, z których wyliczam główne – strukturalne:
- Brak stabilności i woli politycznej,
- Brak prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych czyli instrumentów administracji i całej logistyki
  funkcjonowania reformy,
- Brak funduszy, pieniędzy... finansujących konieczne zmiany,
- Całkowita niechęć i negacja do reform ze strony lekarzy. (wymagane zmiany pokoleniowe).

Tak naprawdę, właśnie lekarze byli najbardziej przeciwni wszelkim reformom. Przez wiele lat PRL,
a potem stanu wojennego ONI znakomicie zaadoptowali się do istniejącego bałaganu no i chaosu zmian.
Ale paradoksalnie to właśnie im lekarzom, pozwalało optymalnie funkcjonować.
Ich rola i znaczenie wzrosła do pozycji decydentów.
ONI nie chcieli i moim zdaniem...nadal są przeciwni zmianom.

Analizując obecną sytuację w służbie zdrowia, dochodzę do wniosku, że do dnia dzisiejszego nic
lub niewiele się właściwie zmieniło. Jest nawet chyba coraz gorzej – reforma jest niemożliwa.
Wszelkie obecne propozycje - to tylko czysta semantyka oraz okresowa propaganda wyborcza;
a w najlepszym razie „zaklejanie dziur” w systemie. Wiele by można o tym mówić.

To też jest jeden z głównych powodów, dla których uważam, że koniecznością współczesności jest zasada:
(oparta na słynnym przysłowiu „Ojca Medycyny” – Hippokratesa: „Medice, cura te ipsum” –
„Lekarzu lecz sam siebie” – zmieniona przez autora AMEN... A mianowicie...
“Homo audite, cognite at cura te ipsum”. “Człowieku, posłuchaj, poznaj i lecz samego siebie”.

O tym wszystkim, będę mówił jeszcze w przyszłości.
Na początku naszego pobytu, próbowałem zrobić jakąś dobrą, wstepną analizę rzczywistości –
aby w najbliższej przyszłości znaleźć ważne „pasy startowe” – do lotu w rzeczywistość -
transformacji ustrojowej, która rozpoczynała się w Polsce.

Po pierwszych rozczarowaniach rzeczywistości...zastanawialiśmy się nawet przez pewien czas
nad powrotem do Australii, ale... nie bardzo było dokąd. Dom sprzedany, akcje też.

Zostało nam wprawdzie sporo pieniędzy; trochę aktywów ale...Za wcześnie było na emeryturę.

Z drugiej strony nigdy nie potrafiłem przegrywać, a zawsze byłem chętny, zwarty i gotowy do walki.

Walka - to jest mój żywioł - moje życie.

Koniec Odcinka 39
Ryszard Opara

KOMENTARZE

  • Szanowny Panie
    http://m.neon24.pl/75dde5467a92153666497306f86b9c54,13,0.jpg

    co mają robić ci, dla których walka nie jest sensem życia, bowiem wyznają całkiem inne wartości relacji międzyludzkich?

    Stoją na straconej pozysji. Za co? Na czym ma polegać przydatność jednostki dla społeczeństwa?
  • @interesariusz z PL 12:25:00
    Szanowny Panie,

    Ja piszę o swoim własnym życiu, swoich rozmaitych doświadczeniach i związanych z tym wszystkim osobistych przemyśleniach.

    Tak jak wspomniałem parę razy - uważam, że miałem/mam wyjątkowo ciekawe życie - warto więc było spisać wszystkie zdarzenia - w formie biografii, aby zastanowić się nad sensem tego wszystkiego, nad sensem życia.

    Uważam także, (być może absolutnie bez podstaw), że moje życie nie było dziełem przypadku. Dlatego też wspominam o "Misji swojego życia" - a w związku z tym "głośno myślę" - pisząc tę autobiografię - próbując zdefiniować - co to ma być.
    Mam bowiem wrażenie, że jeszcze wiele jest przede mną, i że być może wiele jeszcze zrobię...

    Ja przecież nie sugeruję, że ktokolwiek - czy nawet wszyscy mają tak robić czy też akceptować moje propozycje.

    Każdy człowiek jest inny, ma swoje cele, wartości, upodobania - no i powinien postępować zgodnie z nimi.
    A jeżeli będzie chciał poczytać moją autobiografie, posłuchać moich myśli - to już jego prawo i jego sprawa - co on dalej zrobi.

    Ja rozumiem, że większość ludzi woli bierność i poczucie stabilizacji w ich życiu - jest z tym związana - i dla nich jest wartością nadrzędną.

    Ja naprawdę bardzo szanuję każdego człowieka i jego prawo wyboru.

    Pozdrawiam
  • @Ryszard Opara 12:58:25
    http://m.neon24.pl/75dde5467a92153666497306f86b9c54,13,0.jpg

    Szanowny Panie,

    Dlaczego przypisuje Pan ludziom, którzy nie widzą sensu życia w walce z innymi ludźmi, bierność i dążenie do "stabilizacji" za wszelką cenę bez względu na jakość dotychczasowego życia?

    Są tacy, dla których ważna jest "adrenalina" lub panowanie nad innymi, i tacy, którzy nie chcą nieustannie udowadniać innym swojej wyższości i przedkładają współdziałanie we wzajemnym zrozumieniu ponad walkę.
  • Czy
    Mógłby pan napisać, jakie były Pana wrażenia i obserwacje po powrocie do Polski po sporym pobycie na antypodach? Jak opuszczali państwo kraj, to w Polsce panował socjalizm realny, jakie były pańskie wrażenia w rzeczywistości wczesnych lat 90tych?
  • @zbig71 18:28:41
    Szanowny Panie

    Pamiętam doskonale moją pierwszą wizytę, po latach...
    Było to w grudniu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia.

    Lądowałem samolotem LOT z Frankfurtu, jakoś po południu - zaczynał się robić już zmrok, było szaro, smutno i deszczowo.
    Muszę przyznać, że niejedna łza się wtedy w oku zakręciła, patrząc na Warszawę z góry a potem dość długo staliśmy na lotnisku, czekając w kolejce - na nasze miejsce.

    Było to całkowicie inne, niż Australia, w której właśnie w grudniu, kiedy zaczyna się lato - jest pogodnie i słonecznie.
    Zresztą w Australii większość roku tak właśnie jest...

    Moje pierwsze wrażenia nie były najlepsze i mało ciekawe.
    Były olbrzymie różnice między Polską lat 70-tych a ówczesną rzeczywistością...Nawet przez chwilę zapytałem sam siebie:
    "Czy to jest Polska własnie"?

    Przede wszystkim ludzie - jacyś tacy smutni oraz mało sympatyczni.
    Kiedy rozmawiałem z nimi, często odnosiłem wrażenie, że są chorzy...
    "Tak jakby ich wszystkich brzuch albo głowa bolała"...
    A oprócz tego wszyscy na coś narzekali, narzekali, narzekali...

    Nie bardzo mogłem wtedy zrozumieć o co chodzi.
    Do tej pory prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego Polacy są np inni zupełnie od Australijczyków... Ale, myślę że to osobny temat.

    Oprócz tego ulice były brudne, samochody brudne...

    Myślę, że mimo tego - wtedy jakoś przymykałem oczy na te wszystkie swoje pierwsze wrażenia - myślałem - to po prostu deszczowa pogoda - tak źle ludzi nastraja; no i zima, krótki dzień...

    W sumie jednak byłem bardzo zadowolony z mojego przyjazdu - zbliżały się Święta, które nareszcie mogłem spędzić ze swoją matką, rodziną...
    poza tym miałem też wiele zaproszeń - "na śledzika" - od kolegów oraz przyjaciół, których nie widziałem od lat...

    Pomimo smutnych pierwszych doświadczeń -zapowiadało się, że Święta - Polskie Boże Narodzenie - będą cudowne.
    No i tak właśnie było - to były jedne z najpiękniejszych Świąt mojego życia. W Wigilię spadł śnieg, przyjechała żona ze Św. Mikołajem...

    Było cudownie.
    Świąt - takich jak w Polsce - nie ma nigdzie na świecie.

    Ale w sumie, patrząc z perpektywy czasu, Polska wtedy i obecnie - jest zupełnie innym krajem, niż to było w latach mojej młodości - w czasach PRL-u, "socjalizmu realnego".
    Tak samo zupełnie inni moim zdaniem są Polacy.

    Pozdrawiam
  • @interesariusz z PL 15:41:29
    Szanowny Panie,

    Ja naprawdę niczego, nikomu nie przypisuję.
    Każdy ma swój rozum, swoje poglądy, uczucia, priorytety.
    Każdy ma swoją własną wolę i potrzeby - i według nich powinien żyć.
    Ja naprawdę szanuję każdego człowieka i jego prawo do decyzji na temat życia - według jego własnego wyboru i rozumu.

    Ja tylko w swojej autobiografii - opisuję zdarzenia swojego życia oraz związane z tym przemyślenia.
    Być może komuś się to przyda - w zrozumieniu sensu życia - albo też potraktuje to bajkowo... Jego decyzja.

    Moim zdaniem najważniejsze w życiu jest zrozumienie samego siebie.
    To może nam pomóc w zrozumieniu innych...
    Ale to też tylko moja filozofia...

    Pozdrawiam
  • Jak sie dobrze wiedzie to nie bedzie trwalo to dlugo. Cios przyjdzie.
    Po emigracji do USA poznalem Polakow ,ktorzy po wojnie sie tu osiedlili i wykonywali 1 zawod, np tokarza, frezera w 1 fabryce. Stabilizacja. Pewnosc jutra. Kasa dobra. Wystarczy tylko co dzien trzezwym przyjsc do pracy, robote solidnie wykonac i o nic wiecej martwic sie nie trzeba. 30 lat na 1 maszynie w 1 zakladzie. To dzis jest juz legenda.
    Ja , nowy i obcy w tym wyidealizowanym spoleczenstwie zauwazylem z miejsca ,ze to sie rozleci, ze stabilizacji juz nie bedzie. W 1978 podjalem taktyke: pracowac najwyzej 1 rok w 1 zakladzie i nauczyc sie w kazdym jak najwiecej zawodow by stac sie uniwersalnym pracownikiem w metalu. Zaliczylem wiec kilkanascie fabryk i nauczylem sie kilkudziesieciu zawodow. Czy to sie oplacilo? Niezupelnie. Bylem 4 razy na bezrobociu bo nie przypuszczalem , ze USA pozbedzie sie calego przemyslu metalowego. Bedac na tych bezrobociach od 1/2 roku do dwoch nie tracilem czasu: podcieralem dupy umierajacym mezszczyznom chorych na raka czy starosc. Na rozne zmiany, z zamieszkaniem lub bez, gotowanie, sprzatanie, ale tylko gotowka. Po zlaczeniu tego z zapomoga dla bezrobotnych nigdy nie bylo finansowych klopotow. Wyremontowalem 3 domy, zbudowalem 2 nowe. Jaka rade dalbym nowemu pokoleniu?
    Przykro mi ,ze zyjecie w takich trudnych czasach ale tak musi byc.
  • @staszek kieliszek 04:02:07
    Mlodzi pokladaja nadzieje w komputeryzacji ale ta rozrywkowa dziedzina jest tylko od lat 90 tych i moze sie rozleciec w ciagu 1 dnia. Swiat bedzie istnial dalej bez komputerow a kase do domu przyniesc trzeba i dzioby nakarmic.
  • @staszek kieliszek 04:19:33
    a mi się wydaje, że świat zginie bez kompów tak samo, jak bez elektryczności.
  • @interesariusz z PL 05:01:05
    Zgadza sie.Miasta padna bez elektrycznosci, gazu, dostawy wody a ludzie na wsi nie odczuja wiekszych klopotow.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728