Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
413 postów 2186 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Lekarz z powołania. Polak - Patriota. Humanista. Misja i Cel Mojego Życia - Pomagać innym ludziom.

AMEN - Autobiografia Naukowa - Odc.26

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Skok do wody – marzeniami w przyszłość... Sydney i Zatoka - Sydney Harbour - Nieruchomości. Przypadek to ważne; czasem decydujące wydarzenie w życiu. Trzeba tylko umieć go dostrzec, potem właściwie przeanalizować i wykorzystać!

AMEN - Autobiografia naukowa Odc. 26.

Skok do wody – marzeniami w przyszłość...

Zawsze byłem wielkim wielbicielem wody i oceanu. Może dlatego, że jestem urodzony pod tym wodnym
- znakiem „Raka”. Kocham wodę, czuję się w niej jak ryba; a może nawet jak rak...
Zawsze też byłem świetnym pływakiem i nurkiem. Uważam, to jedyny, (oprócz spaceru) - sport zgodny z naturą.
Zawsze, kiedy tylko mogłem i kiedy mnie było na to stać, mieszkałem w domach/apartamentach z widokiem na wodę. Pływam też codziennie - o ile tylko jakaś możliwość jest w zasięgu...widoku i spaceru.

Jednym z kilku powodów emigracji do Australii, był fakt wyobraźni tego kraju, jako wyspy wśród wielu mórz i oceanów. Od początków naszego pobytu na tym kontynencie, marzyłem też o tym...aby kiedyś kupić dużą łódź motorową. Żaglówki, mnie nigdy nie interesowały, być może dlatego że nie lubię, nie czuję i nie rozumiem wiatru.
Zacząłem więc od nart wodnych, potem skutera; zawsze miałem mniejszą lub większą motorówkę.

Cały czas marzyłem jednak o dużej łodzi.
Ponieważ wielu moich przyjaciół, pasjonowało - tak samo jak i mnie pływanie po morzach i oceanach, kupiłem kiedyś, jak byłem zamożny, kolejne marzenie mojego życia...
Dużą łódź motorową- „Dyna”- długości ok.100 stóp- czyli 32 metry; cztery pokłady... Nazwaliśmy ją „Eropak 8”.
To były inicjały imion wszystkich członków rodziny (Ewa, Ryszard/Rysio, Olimpia, Patryk, Angelika, Kinga/Kamil)
a że było nas ośmioro - powstała nowa nazwa, potem firma spółki rodzinnej o tym zawołaniu.

Łódź stała przy przystani naszego domu na Gold Coast, miała 6 kabin dla pasażerów i 2 dla załogi.
Wszystkie z łazienkami. Posiadała w pełni wyposażoną kuchnię, magazyny, lodówki oraz 2 salony – w środku
(jeden służący jako jadalnia, drugi to sala TV). Był też tam duży dokład - „deck” z grillem.

Można więc było, spokojnie na łodzi zamieszkać, co zresztą miało miejsce podczas 2 miesięcznego w remontu naszego domu na Gold Coast.
Eropak 8, był wyposażona w 2x turbo silniki o mocy 2,000 KM. Zbiornik paliwa miał odpowiednią pojemność - 20,000 litrów, więc rachunek za wypełnienie zbiorników ropą... był astronomiczny. Pływaliśmy tą łodzią wokół wschodniej Australii, gdzie na wodach Oceanu Spokojnego - rozwijała szybkość do 70 km na godz.

Największą frajdą były podróże wokół Wielkiej Rafy Koralowej, u brzegów Queensland, ale podróż do Sydney Harbour (pływanie po tej wspaniałej zatoce) - była spełnieniem marzeń wcześniejszych lat - z czasów pobytu w Sydney.
Naszym kapitanem był Conrad Bugley, amerykanin z pochodzenia; dawny skipper u znanego aktora –(Henry Fonda), który po śmierci artysty, przeniósł się z powodów rodzinnych do Australii.

Pewnego dnia wypłynęliśmy kolejny raz, jak się potem okazało – ostatni raz na Pacyfik, żeglując na północ, w stronę Great Barrier Reef i nagle złapał nas niesamowity, ostry tajfun...niezapowiadany przez meteroologów.
Ja byłem w swoim żywiole, patrząc na rozmaite niesamowitości aury i natury, będąc pewnym tego że nasz „Eropak 8” nie zatonie - zawsze odwróci się do góry – tak nasza łódź była skonstruowana.
Żona i dzieciaki, przeżyły to jednak bardzo, obawiając się o własne życie... a kiedy następnego dnia szczęśliwie zawróciliśmy, do spokoju rodzinnych pieleszy; wszyscy jak jeden mąż – nawet też i żona, stwierdzili, że już więcej w życiu... na naszą łódkę nie wejdą.

Swoich słów dotrzymali. Przez kilka miesięcy...łódź stała pustką, bezrobotna...no i musiałem ją w końcu sprzedać - aby pozbyć się smutku przeszłości, no i potencjalnych sztormów przyszłości spod naszych rodzinnych okien...

Mój dobry znajomy, siedząc ze mną przy kieliszku rozstania, na pocieszenie, przytoczył mi bardzo popularne w Australii wówczas powiedzenie odnośnie właścicieli dużych łodzi, którego sens był taki:
Mężczyzna, jest w życiu szczęśliwy dwa razy. Pierwszy raz jak kupi piękną łodź motorową/żaglową, która zawsze była przedmiotem jego marzeń.
Drugi raz będzie szczęśliwy...jak uda mu się tę łódź, w końcu sprzedać.
Takie to właśnie jest życie. Ces’t la vie and Let it Be.

Sydney i Zatoka Harbour - oraz Nieruchomości.

Sydney Harbour to wyjątkowo malownicze, urocze miejsce. Zawsze pełno tam żaglówek, statków i wszelkich innych pojazdów wodnych. Tak naprawdę zresztą tam zawsze był ruch, zawsze coś się działo - bez względu na pogodę: olbrzymie tankowce, kontenerowce, promy, małe łodzie prywatne, żaglówki, kasyna, pływające restauracje; no i ludzie na deskach z żaglem. Prócz tego towarzyszyło wszystkiemu ptactwo i ryby wszelkiego rodzaju, zdarzały się też delfiny, rekiny...
Sydney Harbour – to był taki „teatr morski - na żywo” - można go było oglądać godzinami i nigdy się nie nudzić.

Na obu brzegach Sydney Harbour znajdowały się najbardziej ekskluzywne, najdroższe domy.
Zresztą ceny nieruchomości z widokiem na zatokę, szczególnie na most albo operę, przekraczały niekiedy „wody wyobraźni”. No ale wiadomo, te sprawy zawsze kontroluje rynek: popyt i podaż.

Na początku mojego powrotu do Sydney, nasz znajomy, zamożny doktor prawa: Alex Horowitz, którego poznałem - jako pacjenta w Sydney Hospital, zaprosił nas na swoją dużą łódź motorową i przejażdżkę po Sydney Harbour. Był wspaniały, ciepły, słoneczny dzień, z wielką ciekawością oraz pewną dozą zapewnej zazdrości, siedząc na rufie oglądaliśmy razem z żoną: cudne domy, rezydencje i pałace; apartamenty, po obu stronach i brzegach zatoki.

Kiedy nadeszła pora zachodu słońca, widoki weszły w kolory złota i stały się wprost rewelacyjne.
Popijaliśmy szampana, kiedy Doronia westchnęła i powiedziała ze smutkiem tonacji w głosie:
„Tu jest cudownie, ale chyba nigdy, nigdy nie będzie nas stać, aby tu zamieszkać... - niestety”.

Zrobiło mi się jej trochę żal, ogarnął mnie smutek. I wtedy, z wielką fantazją, (wprawdzie już nie kawalerską
ale z pewnością ułańską - podkarmianą francuskim szampanem)... powiedziałem:
Kochanie obiecuję, że już za tydzień, dwa... będziemy tu mieszkać. Wspomnisz moje słowa.

Następnego ranka, po przeglądzie niedzielnych gazet, zadzwoniłem do 2 Agencji Nieruchomości, umawiając się na inspekcję kilku mieszkań w dzielnicy Darling Point. To była wtedy i jest do dziś- jedna z najdroższych, najbardziej ekskluzywnych dzielnic, blisko Centrum Miasta.

Spodobało mi się szczególnie jedno, dwupokojowe, takie z przepięknym widokiem na zatokę.
Z balkonu, na 7-tym piętrze, można było skoczyć wprost do wody, która była przy brzegu głęboka.
Cena najmu była dość wysoka - 500 $ na tydzień. Jak na owe czasy. (Teraz jest to około 1500 $).
Ale...zarabiałem wtedy około 1,000 $ tygodniowo – plus dyżury...
Pomyślałem: damy sobie radę. Zresztą, wszystko jest relatywne.

W Polsce, parę lat wcześniej zarabiałem sto razy mniej 12 $ na tydzień i jakoś się żyło.
Pomyślałem, że najwyżej wezmę jakiś dodatkowy dyżur i będzie OK.
Mieszkanie bardzo się spodobało żonie, aż „zapiszczała” zachwytem i natychmiast chciała się tam przeprowadzić. Mieszkaliśmy wtedy, blisko mego szpitala w Parramacie, 30 km od Darling Point.
Był więc potencjalny problem z dojazdami. Musiałem znaleźć pracę w Centrum Sydney. Tak też się stało,
a w ciągu tygodnia spełniłem „cudowne” marzenie żony i... zamieszkaliśmy nad Zatoką Sydney Harbour.

Był to kolejny, wspaniały okres naszego życia, który do dziś wspominamy z dużym rozrzewnieniem.
Ale to był dopiero początek. Mieszkaliśmy tam kilka miesięcy a wkrótce... zostaliśmy właścicielami tego mieszkania. I nie tylko tego, nawet kilku, co też odbyło się... w bardzo prosty sposób.
W tych to latach, właściwie bez większego wysiłku, zdobyłem swój pierwszy milion dolarów.
I wcale nie musiałem go ukraść, jak głosi „polska fama” - autorstwa Pana Premiera JK Bieleckiego.
Chociaż, stało się to trochę przypadkowo...

Przypadek to ważne; czasem decydujące wydarzenie w życiu. Trzeba tylko umieć go dostrzec, potem właściwie przeanalizować i wykorzystać!

Mój pierwszy milion dolarów – wcale nie ukradziony. Otóż...

Pewnego dnia zadzwonił do mnie właściciel wynajmowanego przez nas mieszkania - Australijczyk który,
(jak się później okazało), zamierzał jechać do pracy w USA, z propozycją pilnego spotkania.
Umówiliśmy się na niedzielę; bowiem w inne dni najczęściej pracowałem – od rana do wieczora.
Podczas spotkania właściciel opowiedział o swej sytuacji zawodowej, rodzinnej (rozwodził się) i zaproponował mi... kupno tego mieszkania. Podał swoją cenę. Byliśmy ofertą bardzo zaskoczeni.

Odpowiedziałem, że owszem mieszkanie nam się bardzo podoba, ale wcale nie rozważaliśmy jego zakupu.
A w dodatku jest jeszcze jeden mały problem...My... nie mamy pieniędzy.

Gość zareagował zdziwiony: Jak to - przecież pan, o ile wiem jest lekarzem.
Z takim zawodem, idzie pan do banku i dostaje dowolną kwotę pożyczki na każdą taką nieruchomość.

Odpowiedziałem, że może to i prawda ale ja nie mam nawet czasu iść do banku, bo naprawdę dużo pracuję, a poza tym - nie bardzo wiem... jak to się robi. Wtedy nasz gość szybko zapytał:
„Czy w ogóle nie macie... żadnych pieniędzy... – a jeśli mamy...to ile”?
Odpowiedziałem - mamy około 25,000 dolarów.
Wtedy, ten właśnie facet, ku naszemu zaskoczeniu (po dłuższej chwili namysłu) zaproponował:
OK - Pan mi da te 25 tysięcy, a na resztę... ja panu dam pożyczkę, jako tzw. „vendor finance”.
Chyba, że pan woli, pójść do Banku.
Zapytałem: A co to jest (ten Vendor finance)?
Odpowiedział: Dam panu pożyczkę ode mnie, właściciela nieruchomości. Mieszkanie będzie, do czasu spłaty, zabezpieczeniem kredytu. Prawne formalności będą mniej kosztować, a Pan będzie po prostu-, co miesiąc płacić raty na moje konto. Jak Pan spłaci wszystkie raty, zlikwidujemy hipotekę i apartament przejdzie na Pana...

Zgodziłem się bez wahania. Załatwiliśmy następnego tygodnia wszystkie sprawy formalne i prawne i... tym sposobem, dosłownie w ciągu miesiąca, staliśmy się właścicielami pięknego mieszkania - nad brzegiem Sydney Harbour- najdroższej dzielnicy miasta.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od przypadku, banalnego epizodu aż tu nagle spełniło się jedno z marzeń żony. Sami odnowiliśmy apartament.
Doronia urządziła go z wielkim smakiem, zrobiła prawdziwą perełkę kolorów i elegancji.
Wprawdzie mieliśmy ciągle dług, ale jego spłata niewiele różniła się od opłat za czynsz.
Apartament był już naszą własnością, a jego wartość ze względu na położenie ciągle rosła.

W handlu nieruchomościami jest jedna złota, prosta - pryncypialna zasada.
O wartości domu, mieszkania decydują trzy rzeczy: po pierwsze lokalizacja; po drugie lokalizacja i po trzecie... lokalizacja.

Niedawno, podczas mojej wizyty w Sydney- akurat to mieszkanie było ogłaszane na sprzedaż.
Cena wywoławcza wynosiła- 1,2 miliona dolarów, 12 razy więcej, niż myśmy zapłacili w 1983 roku.

Ale wracając do meritum…
Mieszkaliśmy już, jak zamożni ludzie, w najbardziej prestiżowej dzielnicy miasta, więc przybywało nam coraz więcej przyjaciół. Życie towarzyskie kwitło.
Minęło kilka miesięcy, kiedy jeden z moich znajomych lekarzy - Hindus, już po pierwszej kolacji u nas, zaproponował mi, że kupi nasze mieszkanie, ponieważ... bardzo spodobało się ono jemu -
a zwłaszcza jego żonie, która marzyła o takim właśnie apartamencie.

Zaproponował nam za nie od razu cenę, ponad dwa razy wyższą od tej, którą myśmy zapłacili.
W pierwszej chwili odmówiliśmy; byliśmy „ciut” zaskoczeni, ale kiedy w tymże budynku pojawiło się na sprzedaż inne- równie piękne ale i większe niż nasze mieszkanie, także do remontu, ale za połowę ceny, niewiele się namyślając sprzedaliśmy nasze i kupiliśmy to drugie.

Powtórzyliśmy te same manewry remontowe – kolorów i elegancji.
Kilka miesięcy później tuż obok naszego – drugiego, nowo nabytego mieszkania, pojawiło się kolejne
na sprzedaż, więc kupiliśmy i to. Już wtedy byłem takim „ekspertem finansowym” a nasz Bank, obiecał linię kredytową - na moje wszelkie inwestycje... w nieruchomościach.
Połączyliśmy oba mieszkania i takim właśnie sposobem mieliśmy już w sumie całe piętro -
do własnej dyspozycji - czyli Penthouse, uznawany za najładniejszy w całym budynku.
Wszystkie te transakcje, finansowaliśmy częściowo kredytem bankowym, a kiedy na potrzeby kredytu,
bank zrobił wycenę naszego Penthousa - biegły wycenił go na 1,8 m dolarów.

Ciągle mieliśmy dług bankowy –, ale w ten właśnie prosty sposób„na papierze”, w dość krótkim,
zaledwie 2- letnim okresie czasu, staliśmy się milionerami. I to w dolarach.

A jeszcze parę lat wcześniej, w Polsce taka sytuacja była dla nas absolutnie nie do pomyślenia.
Mogła istnieć tylko w naszych marzeniach...

W tym samym mniej więcej czasie, moja kariera zawodowa lekarza uległa zasadniczym zmianom, co również pozwoliło mi na odważne, następne inwestycje w nieruchomości.


Koniec Odcinka 26
Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • Odcinek piekny jak muzyka blusowa na moje uszy. Robilem w USA to samo
    aczkolwiek w setkach tysiecy a nie milionach. Nie mozna sie bac ale tez trzeba byc cierpliwym, emocje na bok, wyrachowanie. Ja zaczynalem od domu za $20K. Remont za $2K. Sprzedaz za $26K. Kupno placu za $2K gdy cena rynkowa jest $20K (gimnastyka by taki znalezsc, polowanie na bankruta przez 1/2 roku). Budowa wlasnoreczna domu za $65K. Sprzedaz za $115K. Kupno 1.5 ha lasu za $28K gdy cena rynkowa jest $50K(przyparcie goscia do muru gdy bankrutowal przed Bozym Narodzeniem i kasy na prezenty nie mial). Budowa domu za $135K. Sprzedzaz za $215K. Kupno zrujnowanego domu za $65K, remont za $15K. Za reszte gotowki kupno domy zrujnowanego na 1 ha ziemi za $22K, remont za $20K i corka ma dom wlasny wartosci $100K. W banku zostaje $10K. Sa pewne tricki jak dom sie sprzedaje: czystosc musi byc laboratoryjna, nawet zawiasy wyczyszczone szczoteczka do zebow, zadnych zepsutych rzeczy, rys, plam, lekarstw, zapachow. Polowe gratow nalezy wyniesc do znajomych a 1 pokoj zostawic calkowicie pusty. Wtedy ona pomysli ,ze tam bedzie miala szycie a on, ze pokoj komputerowy a dzieci, ze zabawki. Sciany pomalowane na bialo by dom wydawal sie wiekszy, kwiaty ciete w wazonie przezroczystym jak w Architectual Digest.
    Mam w USA liczna rodzine i proponowalem spolke , ktora mozna by prawnie zalozyc. Budowanie wspolnymi silami co roku 1 domu dla kolejnej rodziny wylosowanej bez pozyczek. Wedlug moich obliczen po 10 latach, 10 rodzin mieszkalo by w domach wyplaconych, bez 30 letnich pozyczek, wartosci ok $100K kazdy dom. Kazda rodzina oszczedzila by na tym ok $150K (w przypadku domu $100K po 30 latach placimy $300K razem z procentami). Nikt na to nie poszedl i dalej Zydom pozyczki splacaja 20 lat pozniej. Krolem jest gotowka. Zadnych pozyczek a jesli juz to krotkoterminowe, kilka lat gora. I bijemy system.
  • Sydney o poranku...
    A ja miałem kiedyś szczęście zrobić tam piękne zdjęcie o wschodzie słońca...

    http://i66.tinypic.com/29eptft.jpg
  • @Robik 09:53:09
    Cz dala Ci pozniej?
  • @Robik 09:53:09
    Piękne zdjęcie - gratuluję.

    Sydney Harbour - to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie - niezależnie od pory dnia i pory roku.

    Zawsze czułem się i nadal czuje nadzwyczajnie - właśnie tam.
    Być może jest tam jakaś wyjątkowa, pozytywna energia - wpływająca znakomicie na samopoczucie.

    Najlepsze Pozdrowienia ŚWIĄTECZNE i Noworoczne.
  • @Ryszard Opara 02:00:51
    Dzięki za uznanie.
    Również przesyłam ciepłe Świąteczne i Noworoczne pozdrowienia:
    zdrowia i mocy ducha na każdy dzień.
  • @staszek kieliszek 09:58:32
    Później?
    Później to już było jak w tej fraszce:
    ta miłość niewinnie się zaczęła, poprosiłem ją o zdjęcie i...
    zdjęła!

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031