Gorące tematy: COVID-NEWS Antypartia Ruch Oporu 2020 Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
555 postów 3594 komentarze

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Lekarz z powołania. Polak - Patriota. Humanista. Misja i Cel Mojego Życia - Pomagać innym ludziom.

AMEN - Autobiografia Naukowa - Odc.26

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Skok do wody – marzeniami w przyszłość... Sydney i Zatoka - Sydney Harbour - Nieruchomości. Przypadek to ważne; czasem decydujące wydarzenie w życiu. Trzeba tylko umieć go dostrzec, potem właściwie przeanalizować i wykorzystać!

AMEN - Autobiografia naukowa Odc. 26.

Skok do wody – marzeniami w przyszłość...

Zawsze byłem wielkim wielbicielem wody i oceanu. Może dlatego, że jestem urodzony pod tym wodnym
- znakiem „Raka”. Kocham wodę, czuję się w niej jak ryba; a może nawet jak rak...
Zawsze też byłem świetnym pływakiem i nurkiem. Uważam, to jedyny, (oprócz spaceru) - sport zgodny z naturą.
Zawsze, kiedy tylko mogłem i kiedy mnie było na to stać, mieszkałem w domach/apartamentach z widokiem na wodę. Pływam też codziennie - o ile tylko jakaś możliwość jest w zasięgu...widoku i spaceru.

Jednym z kilku powodów emigracji do Australii, był fakt wyobraźni tego kraju, jako wyspy wśród wielu mórz i oceanów. Od początków naszego pobytu na tym kontynencie, marzyłem też o tym...aby kiedyś kupić dużą łódź motorową. Żaglówki, mnie nigdy nie interesowały, być może dlatego że nie lubię, nie czuję i nie rozumiem wiatru.
Zacząłem więc od nart wodnych, potem skutera; zawsze miałem mniejszą lub większą motorówkę.

Cały czas marzyłem jednak o dużej łodzi.
Ponieważ wielu moich przyjaciół, pasjonowało - tak samo jak i mnie pływanie po morzach i oceanach, kupiłem kiedyś, jak byłem zamożny, kolejne marzenie mojego życia...
Dużą łódź motorową- „Dyna”- długości ok.100 stóp- czyli 32 metry; cztery pokłady... Nazwaliśmy ją „Eropak 8”.
To były inicjały imion wszystkich członków rodziny (Ewa, Ryszard/Rysio, Olimpia, Patryk, Angelika, Kinga/Kamil)
a że było nas ośmioro - powstała nowa nazwa, potem firma spółki rodzinnej o tym zawołaniu.

Łódź stała przy przystani naszego domu na Gold Coast, miała 6 kabin dla pasażerów i 2 dla załogi.
Wszystkie z łazienkami. Posiadała w pełni wyposażoną kuchnię, magazyny, lodówki oraz 2 salony – w środku
(jeden służący jako jadalnia, drugi to sala TV). Był też tam duży dokład - „deck” z grillem.

Można więc było, spokojnie na łodzi zamieszkać, co zresztą miało miejsce podczas 2 miesięcznego w remontu naszego domu na Gold Coast.
Eropak 8, był wyposażona w 2x turbo silniki o mocy 2,000 KM. Zbiornik paliwa miał odpowiednią pojemność - 20,000 litrów, więc rachunek za wypełnienie zbiorników ropą... był astronomiczny. Pływaliśmy tą łodzią wokół wschodniej Australii, gdzie na wodach Oceanu Spokojnego - rozwijała szybkość do 70 km na godz.

Największą frajdą były podróże wokół Wielkiej Rafy Koralowej, u brzegów Queensland, ale podróż do Sydney Harbour (pływanie po tej wspaniałej zatoce) - była spełnieniem marzeń wcześniejszych lat - z czasów pobytu w Sydney.
Naszym kapitanem był Conrad Bugley, amerykanin z pochodzenia; dawny skipper u znanego aktora –(Henry Fonda), który po śmierci artysty, przeniósł się z powodów rodzinnych do Australii.

Pewnego dnia wypłynęliśmy kolejny raz, jak się potem okazało – ostatni raz na Pacyfik, żeglując na północ, w stronę Great Barrier Reef i nagle złapał nas niesamowity, ostry tajfun...niezapowiadany przez meteroologów.
Ja byłem w swoim żywiole, patrząc na rozmaite niesamowitości aury i natury, będąc pewnym tego że nasz „Eropak 8” nie zatonie - zawsze odwróci się do góry – tak nasza łódź była skonstruowana.
Żona i dzieciaki, przeżyły to jednak bardzo, obawiając się o własne życie... a kiedy następnego dnia szczęśliwie zawróciliśmy, do spokoju rodzinnych pieleszy; wszyscy jak jeden mąż – nawet też i żona, stwierdzili, że już więcej w życiu... na naszą łódkę nie wejdą.

Swoich słów dotrzymali. Przez kilka miesięcy...łódź stała pustką, bezrobotna...no i musiałem ją w końcu sprzedać - aby pozbyć się smutku przeszłości, no i potencjalnych sztormów przyszłości spod naszych rodzinnych okien...

Mój dobry znajomy, siedząc ze mną przy kieliszku rozstania, na pocieszenie, przytoczył mi bardzo popularne w Australii wówczas powiedzenie odnośnie właścicieli dużych łodzi, którego sens był taki:
Mężczyzna, jest w życiu szczęśliwy dwa razy. Pierwszy raz jak kupi piękną łodź motorową/żaglową, która zawsze była przedmiotem jego marzeń.
Drugi raz będzie szczęśliwy...jak uda mu się tę łódź, w końcu sprzedać.
Takie to właśnie jest życie. Ces’t la vie and Let it Be.

Sydney i Zatoka Harbour - oraz Nieruchomości.

Sydney Harbour to wyjątkowo malownicze, urocze miejsce. Zawsze pełno tam żaglówek, statków i wszelkich innych pojazdów wodnych. Tak naprawdę zresztą tam zawsze był ruch, zawsze coś się działo - bez względu na pogodę: olbrzymie tankowce, kontenerowce, promy, małe łodzie prywatne, żaglówki, kasyna, pływające restauracje; no i ludzie na deskach z żaglem. Prócz tego towarzyszyło wszystkiemu ptactwo i ryby wszelkiego rodzaju, zdarzały się też delfiny, rekiny...
Sydney Harbour – to był taki „teatr morski - na żywo” - można go było oglądać godzinami i nigdy się nie nudzić.

Na obu brzegach Sydney Harbour znajdowały się najbardziej ekskluzywne, najdroższe domy.
Zresztą ceny nieruchomości z widokiem na zatokę, szczególnie na most albo operę, przekraczały niekiedy „wody wyobraźni”. No ale wiadomo, te sprawy zawsze kontroluje rynek: popyt i podaż.

Na początku mojego powrotu do Sydney, nasz znajomy, zamożny doktor prawa: Alex Horowitz, którego poznałem - jako pacjenta w Sydney Hospital, zaprosił nas na swoją dużą łódź motorową i przejażdżkę po Sydney Harbour. Był wspaniały, ciepły, słoneczny dzień, z wielką ciekawością oraz pewną dozą zapewnej zazdrości, siedząc na rufie oglądaliśmy razem z żoną: cudne domy, rezydencje i pałace; apartamenty, po obu stronach i brzegach zatoki.

Kiedy nadeszła pora zachodu słońca, widoki weszły w kolory złota i stały się wprost rewelacyjne.
Popijaliśmy szampana, kiedy Doronia westchnęła i powiedziała ze smutkiem tonacji w głosie:
„Tu jest cudownie, ale chyba nigdy, nigdy nie będzie nas stać, aby tu zamieszkać... - niestety”.

Zrobiło mi się jej trochę żal, ogarnął mnie smutek. I wtedy, z wielką fantazją, (wprawdzie już nie kawalerską
ale z pewnością ułańską - podkarmianą francuskim szampanem)... powiedziałem:
Kochanie obiecuję, że już za tydzień, dwa... będziemy tu mieszkać. Wspomnisz moje słowa.

Następnego ranka, po przeglądzie niedzielnych gazet, zadzwoniłem do 2 Agencji Nieruchomości, umawiając się na inspekcję kilku mieszkań w dzielnicy Darling Point. To była wtedy i jest do dziś- jedna z najdroższych, najbardziej ekskluzywnych dzielnic, blisko Centrum Miasta.

Spodobało mi się szczególnie jedno, dwupokojowe, takie z przepięknym widokiem na zatokę.
Z balkonu, na 7-tym piętrze, można było skoczyć wprost do wody, która była przy brzegu głęboka.
Cena najmu była dość wysoka - 500 $ na tydzień. Jak na owe czasy. (Teraz jest to około 1500 $).
Ale...zarabiałem wtedy około 1,000 $ tygodniowo – plus dyżury...
Pomyślałem: damy sobie radę. Zresztą, wszystko jest relatywne.

W Polsce, parę lat wcześniej zarabiałem sto razy mniej 12 $ na tydzień i jakoś się żyło.
Pomyślałem, że najwyżej wezmę jakiś dodatkowy dyżur i będzie OK.
Mieszkanie bardzo się spodobało żonie, aż „zapiszczała” zachwytem i natychmiast chciała się tam przeprowadzić. Mieszkaliśmy wtedy, blisko mego szpitala w Parramacie, 30 km od Darling Point.
Był więc potencjalny problem z dojazdami. Musiałem znaleźć pracę w Centrum Sydney. Tak też się stało,
a w ciągu tygodnia spełniłem „cudowne” marzenie żony i... zamieszkaliśmy nad Zatoką Sydney Harbour.

Był to kolejny, wspaniały okres naszego życia, który do dziś wspominamy z dużym rozrzewnieniem.
Ale to był dopiero początek. Mieszkaliśmy tam kilka miesięcy a wkrótce... zostaliśmy właścicielami tego mieszkania. I nie tylko tego, nawet kilku, co też odbyło się... w bardzo prosty sposób.
W tych to latach, właściwie bez większego wysiłku, zdobyłem swój pierwszy milion dolarów.
I wcale nie musiałem go ukraść, jak głosi „polska fama” - autorstwa Pana Premiera JK Bieleckiego.
Chociaż, stało się to trochę przypadkowo...

Przypadek to ważne; czasem decydujące wydarzenie w życiu. Trzeba tylko umieć go dostrzec, potem właściwie przeanalizować i wykorzystać!

Mój pierwszy milion dolarów – wcale nie ukradziony. Otóż...

Pewnego dnia zadzwonił do mnie właściciel wynajmowanego przez nas mieszkania - Australijczyk który,
(jak się później okazało), zamierzał jechać do pracy w USA, z propozycją pilnego spotkania.
Umówiliśmy się na niedzielę; bowiem w inne dni najczęściej pracowałem – od rana do wieczora.
Podczas spotkania właściciel opowiedział o swej sytuacji zawodowej, rodzinnej (rozwodził się) i zaproponował mi... kupno tego mieszkania. Podał swoją cenę. Byliśmy ofertą bardzo zaskoczeni.

Odpowiedziałem, że owszem mieszkanie nam się bardzo podoba, ale wcale nie rozważaliśmy jego zakupu.
A w dodatku jest jeszcze jeden mały problem...My... nie mamy pieniędzy.

Gość zareagował zdziwiony: Jak to - przecież pan, o ile wiem jest lekarzem.
Z takim zawodem, idzie pan do banku i dostaje dowolną kwotę pożyczki na każdą taką nieruchomość.

Odpowiedziałem, że może to i prawda ale ja nie mam nawet czasu iść do banku, bo naprawdę dużo pracuję, a poza tym - nie bardzo wiem... jak to się robi. Wtedy nasz gość szybko zapytał:
„Czy w ogóle nie macie... żadnych pieniędzy... – a jeśli mamy...to ile”?
Odpowiedziałem - mamy około 25,000 dolarów.
Wtedy, ten właśnie facet, ku naszemu zaskoczeniu (po dłuższej chwili namysłu) zaproponował:
OK - Pan mi da te 25 tysięcy, a na resztę... ja panu dam pożyczkę, jako tzw. „vendor finance”.
Chyba, że pan woli, pójść do Banku.
Zapytałem: A co to jest (ten Vendor finance)?
Odpowiedział: Dam panu pożyczkę ode mnie, właściciela nieruchomości. Mieszkanie będzie, do czasu spłaty, zabezpieczeniem kredytu. Prawne formalności będą mniej kosztować, a Pan będzie po prostu-, co miesiąc płacić raty na moje konto. Jak Pan spłaci wszystkie raty, zlikwidujemy hipotekę i apartament przejdzie na Pana...

Zgodziłem się bez wahania. Załatwiliśmy następnego tygodnia wszystkie sprawy formalne i prawne i... tym sposobem, dosłownie w ciągu miesiąca, staliśmy się właścicielami pięknego mieszkania - nad brzegiem Sydney Harbour- najdroższej dzielnicy miasta.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od przypadku, banalnego epizodu aż tu nagle spełniło się jedno z marzeń żony. Sami odnowiliśmy apartament.
Doronia urządziła go z wielkim smakiem, zrobiła prawdziwą perełkę kolorów i elegancji.
Wprawdzie mieliśmy ciągle dług, ale jego spłata niewiele różniła się od opłat za czynsz.
Apartament był już naszą własnością, a jego wartość ze względu na położenie ciągle rosła.

W handlu nieruchomościami jest jedna złota, prosta - pryncypialna zasada.
O wartości domu, mieszkania decydują trzy rzeczy: po pierwsze lokalizacja; po drugie lokalizacja i po trzecie... lokalizacja.

Niedawno, podczas mojej wizyty w Sydney- akurat to mieszkanie było ogłaszane na sprzedaż.
Cena wywoławcza wynosiła- 1,2 miliona dolarów, 12 razy więcej, niż myśmy zapłacili w 1983 roku.

Ale wracając do meritum…
Mieszkaliśmy już, jak zamożni ludzie, w najbardziej prestiżowej dzielnicy miasta, więc przybywało nam coraz więcej przyjaciół. Życie towarzyskie kwitło.
Minęło kilka miesięcy, kiedy jeden z moich znajomych lekarzy - Hindus, już po pierwszej kolacji u nas, zaproponował mi, że kupi nasze mieszkanie, ponieważ... bardzo spodobało się ono jemu -
a zwłaszcza jego żonie, która marzyła o takim właśnie apartamencie.

Zaproponował nam za nie od razu cenę, ponad dwa razy wyższą od tej, którą myśmy zapłacili.
W pierwszej chwili odmówiliśmy; byliśmy „ciut” zaskoczeni, ale kiedy w tymże budynku pojawiło się na sprzedaż inne- równie piękne ale i większe niż nasze mieszkanie, także do remontu, ale za połowę ceny, niewiele się namyślając sprzedaliśmy nasze i kupiliśmy to drugie.

Powtórzyliśmy te same manewry remontowe – kolorów i elegancji.
Kilka miesięcy później tuż obok naszego – drugiego, nowo nabytego mieszkania, pojawiło się kolejne
na sprzedaż, więc kupiliśmy i to. Już wtedy byłem takim „ekspertem finansowym” a nasz Bank, obiecał linię kredytową - na moje wszelkie inwestycje... w nieruchomościach.
Połączyliśmy oba mieszkania i takim właśnie sposobem mieliśmy już w sumie całe piętro -
do własnej dyspozycji - czyli Penthouse, uznawany za najładniejszy w całym budynku.
Wszystkie te transakcje, finansowaliśmy częściowo kredytem bankowym, a kiedy na potrzeby kredytu,
bank zrobił wycenę naszego Penthousa - biegły wycenił go na 1,8 m dolarów.

Ciągle mieliśmy dług bankowy –, ale w ten właśnie prosty sposób„na papierze”, w dość krótkim,
zaledwie 2- letnim okresie czasu, staliśmy się milionerami. I to w dolarach.

A jeszcze parę lat wcześniej, w Polsce taka sytuacja była dla nas absolutnie nie do pomyślenia.
Mogła istnieć tylko w naszych marzeniach...

W tym samym mniej więcej czasie, moja kariera zawodowa lekarza uległa zasadniczym zmianom, co również pozwoliło mi na odważne, następne inwestycje w nieruchomości.


Koniec Odcinka 26
Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • Odcinek piekny jak muzyka blusowa na moje uszy. Robilem w USA to samo
    aczkolwiek w setkach tysiecy a nie milionach. Nie mozna sie bac ale tez trzeba byc cierpliwym, emocje na bok, wyrachowanie. Ja zaczynalem od domu za $20K. Remont za $2K. Sprzedaz za $26K. Kupno placu za $2K gdy cena rynkowa jest $20K (gimnastyka by taki znalezsc, polowanie na bankruta przez 1/2 roku). Budowa wlasnoreczna domu za $65K. Sprzedaz za $115K. Kupno 1.5 ha lasu za $28K gdy cena rynkowa jest $50K(przyparcie goscia do muru gdy bankrutowal przed Bozym Narodzeniem i kasy na prezenty nie mial). Budowa domu za $135K. Sprzedzaz za $215K. Kupno zrujnowanego domu za $65K, remont za $15K. Za reszte gotowki kupno domy zrujnowanego na 1 ha ziemi za $22K, remont za $20K i corka ma dom wlasny wartosci $100K. W banku zostaje $10K. Sa pewne tricki jak dom sie sprzedaje: czystosc musi byc laboratoryjna, nawet zawiasy wyczyszczone szczoteczka do zebow, zadnych zepsutych rzeczy, rys, plam, lekarstw, zapachow. Polowe gratow nalezy wyniesc do znajomych a 1 pokoj zostawic calkowicie pusty. Wtedy ona pomysli ,ze tam bedzie miala szycie a on, ze pokoj komputerowy a dzieci, ze zabawki. Sciany pomalowane na bialo by dom wydawal sie wiekszy, kwiaty ciete w wazonie przezroczystym jak w Architectual Digest.
    Mam w USA liczna rodzine i proponowalem spolke , ktora mozna by prawnie zalozyc. Budowanie wspolnymi silami co roku 1 domu dla kolejnej rodziny wylosowanej bez pozyczek. Wedlug moich obliczen po 10 latach, 10 rodzin mieszkalo by w domach wyplaconych, bez 30 letnich pozyczek, wartosci ok $100K kazdy dom. Kazda rodzina oszczedzila by na tym ok $150K (w przypadku domu $100K po 30 latach placimy $300K razem z procentami). Nikt na to nie poszedl i dalej Zydom pozyczki splacaja 20 lat pozniej. Krolem jest gotowka. Zadnych pozyczek a jesli juz to krotkoterminowe, kilka lat gora. I bijemy system.
  • Sydney o poranku...
    A ja miałem kiedyś szczęście zrobić tam piękne zdjęcie o wschodzie słońca...

    http://i66.tinypic.com/29eptft.jpg
  • @Robik 09:53:09
    Cz dala Ci pozniej?
  • @Robik 09:53:09
    Piękne zdjęcie - gratuluję.

    Sydney Harbour - to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie - niezależnie od pory dnia i pory roku.

    Zawsze czułem się i nadal czuje nadzwyczajnie - właśnie tam.
    Być może jest tam jakaś wyjątkowa, pozytywna energia - wpływająca znakomicie na samopoczucie.

    Najlepsze Pozdrowienia ŚWIĄTECZNE i Noworoczne.
  • @Ryszard Opara 02:00:51
    Dzięki za uznanie.
    Również przesyłam ciepłe Świąteczne i Noworoczne pozdrowienia:
    zdrowia i mocy ducha na każdy dzień.
  • @staszek kieliszek 09:58:32
    Później?
    Później to już było jak w tej fraszce:
    ta miłość niewinnie się zaczęła, poprosiłem ją o zdjęcie i...
    zdjęła!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930