Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
313 postów 1714 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Polak. Patriota. Humanista.

AMEN - Autobiografia Naukowa-Odc. 23

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

ŻYCIE nauczyło mnie jednej, podstawowej i najważniejszej rzeczy: słuchać własnego ciała – organizmu. Bez tego nie można być lekarzem, samego siebie. Zgodnie z moim "własnym prawem natury": „Homo cognito et cura te ipsum”.

AMEN - Autobiografia Naukowa Odc. 23


Broken Hill Hospital – Centrum Australii.

Pamiętam dobrze pierwszą rozmowę z dyrektorem szpitala Dr Guy, który już mnie znał trochę z opowiadań. Rozpoczęła się ona dość dziwnie. Po kilku standartowych słowach powitania, bez dyskusji na temat pogody;
Dr Guy zapytał mnie wprost: ile chcę; ile mogę pracować oraz jak dużo mam czasu.
Odpowiedziałem, że mogę pracować...24 godziny na dobę; siedem dni w tygodniu.

Poinformowałem, że będę brał wszystkie możliwe i dostępne dyżury. On zdumiony, choć chyba mile zaskoczony, odpowiedział, że pewnie nie dam rady, ale mając duże braki personelu, szybko bez dalszej dyskusji się zgodził.
W szpitalu wtedy nie było żadnego anestezjologa na etacie, czasem przyjeżdżali specjaliści z Adelajdy...ale niezbyt chętnie.

W rezultacie, bywały rzeczywiście tygodnie, że pracowałem 168 godzin...(7x24).
Bez przerwy byłem na tzw „on call” – na zawołanie, czyli na dyżurze – na okrągło.

Nauczyłem się tego już w Polsce, pracując na trzech etatach: śpiąc czasem w karetce - jadąc do pacjenta
(zawsze miałem kierowcę), albo na bloku operacyjnym - czekając na kolejny zabieg.
Wystarczało mi pięć, zaledwie pięć czasem dziesięć minut, aby się całkowicie zregenerować.
Nigdy nie byłem zmęczony. Tak jest do tej pory. Nigdy nie jestem chory... ani zmęczony.

Nie wiem co będzie, jak przyjdzie ten czas i będę musiał...kiedyś umrzeć
Będę chyba musiał sam, jakoś znaleźć powód i drogę odejścia.
Nie wiem czy to będzie samobójcza eutanazja, czy też wypadek - decyzja z góry niebios.

ŻYCIE nauczyło mnie jednej, podstawowej i najważniejszej rzeczy: słuchać własnego ciała – organizmu.
Bez tego nie można być lekarzem, samego siebie. Zgodnie z moim "własnym prawem natury":
„Homo cognito et cura te ipsum” - Człowieku słuchaj i lecz samego siebie”

Moja pierwsza 2-tygodniowa pensja (na rękę, po odliczeniu podatku) w Broken Hill, wyniosła około $12,000!
Głównie z powodu ilości "nadgodzin", które były podwójnie płatne.
Nikt w to nie mógł uwierzyć, nawet kasjerka, która sprawdzała kilka razy. Dla mnie to był szok.
W Polsce zarabiałem 50 $ na miesiąc, w Australii zarobiłem od razu: 240 miesięcznych pensji czyli dokładnie tyle, ile zarobiłbym przez 20 lat pracy w Polsce. Kiedyś dokładnie to obliczyłem.

Za tę pierwszą pensję w Australii, kupiłem nowy, sportowy samochód Datsun 300ZX i w następną sobotę,
wziąłem wolne aby pojechać nim do Sydney, no i zrobić niespodziankę żonie, (która tam wtedy mieszkała).
Trasę 1,200 km pokonałem w 10 godz. Nie było wtedy w Australii żadnych ograniczeń szybkości, a drogi puste i znakomite. Zaimponowałem wszystkim znajomym, swoim czerwonym Datsunem.

Pamiętam też, że po tej pierwszej wypłacie, poszedłem do sklepu monopolowgo, kupiłem sobie butelkę jakiegoś francuskiego szampana a z nią podążyłem dalej, na zachodnią granicę Broken Hill.
Tam było już bliżej Polski, ale zobaczyłem tylko napis: Perth 3,000 km.
Do naszego kraju, było zapewne 15,000 km.
Otworzyłem szampana i wypiłem z gwinta całą zawartość butelki. Nie odrazu, powoli.
Pomyślałem, jak to jednak w życiu różnie bywa.
Jak to nigdy nie wiadomo, gdzie, za ile i może z kim - będę pił jutro szampana.

Było mi trochę smutno samemu, a jednocześnie niesamowicie. Takie uczucie czasem potem miewałem w różnych momentach życia, ale zawsze podobne myśli latały mi przez głowę.

Przypomniały mi się wtedy też... słynne słowa Napoleona: „Szampana, można pić zawsze. Potrzebny jest wtedy, kiedy jest okazja aby uczcić zwycięstwo, ale potrzebny jest także czasem, aby przepić gorycz porażki”.

Każdy dzień rano – jest zwycięstwem, chociaż przecież noc nie może, nie musi być porażką.
Napić się zawsze można. Każda okazja jest dobra.
Trzeba tylko uważać, aby nie wpaść w niekontrolowaną ilość no i częstotliwość.

W Broken Hill mieszkałem początkowo w „Nursing Quarters” – hotelu dla pielęgniarek szpitala, - ale zaczęło mi się tam szybko nudzić. Podczas jednego ze spacerów, zauważyłem duży piękny dom - na wzgórzu z panoramicznym widokiem na miasto. Był do wynajęcia, więc zadzwoniłem do agencji nieruchomości.

Z dużym zdumieniem dowiedziałem się, że koszt najmu był niewiarygodnie niski: 20 dolarów/tydzień.
Pytałem kilka razy, czy agent nie popełnił jakiejś pomyłki...Odpowiedź była: nie. Koszt najmu $20/tydzień – plus opłaty za energię, która w Australii jest bardzo tania. Do dzisiaj...jest ona tańsza niz w Polsce...

Wprawdzie większość czasu spędzałem na dyżurach, ale miała przyjechać do mnie żona, która wtedy robiła doktorat w Sydney. Razem, nie bardzo mogliśmy mieszkać - w hotelu/pokoju dla pielęgniarek.
A dom był elegancki, wyremontowany i ładnie umeblowany. Postanowiłem go wynająć..pomimo, iż dla mnie samego - był w sumie za duży (6 pokoi i łazienek, dwa salony, kuchnia, weranda) no i prawie... za darmo.
Za mały pokój z łazienką, w Nursing Quarters, musiałem płacić... 25 dolarów na tydzień.
Pomyślałem...gdzie tu sens, gdzie logika.
Od razu i zaraz - podpisałem umowę na pniu agenta... od tej nieruchomości.

Dowiedziałem się wkrótce, że wynajęty przeze mnie dom był tak tani, bo nikt nie chciał... w nim mieszkać.
Jak głosiła fama, dawniej mieścił się tam, własnie stary szpital Broken Hill (w XIX wieku), i że podobno teraz...
"w nim straszy".
Przekazano mi też, że kilku mieszkających w tym domu lekarzy, powiesiło się... w dziwnych okolicznościach. Właścicielom tego budynku, którzy mieszkali w Sydney, zależało aby dom nie stał pusty, albo jako przystanek dla włóczegów z Aborygenii... i dlatego też... wyznaczyli taką symboliczną cenę za najem.
A ja jakoś głupio i bez zastanawiania nie bałem się duchów i nie interesowała mnie historia wisielców domu.

Osobiście nigdy, żadnego ducha, potem w tym domu nie widziałem. Niestety moja żona... już nie była tego pewna. Twierdziła, że gdy miałem nocne dyżury, okiennice, szczególnie podczas wiatru, waliły o ściany, a duchy chodziły po strychu. Nawet, kiedy tłumaczyłem jej, że te duchy...to takie małe jeżyki, zwane „possum”, zwierzątka które w Australii, zwyczajowo przebywają, żyją na starych strychach. Żona, nigdy... nie chciała w to uwierzyć.

Po paru dniach wróciła do Sydney, a ja zostałem sam na sam, razem z „possumami”- rasą znaną, choć-
co do płci - już mniej rozpoznawalną. Tak to już bywa z duchami…Zresztą szybko się z nimi zaprzyjaźniłem. Szkoda tylko, że czasem pogadać nie było z kim. Ani o kim...

Parę miesięcy później, w tym domu na wzgórzu spędziliśmy... pierwszego Sylwestra w Australii.
Zaprosiłem kilku lekarzy ze szpitala i poznanych przyjaciół z miasta.
Moja żona założyła wspaniałą, długą srebrną kreację, ja wdziałem smoking pomimo, że to był "środek" lata, no i temperatura na zewnątrz sięgała +35 st. Dom miał klimatyzację, ale ja jej nie używałem.
Witając w progu naszych gości zobaczyliśmy oboje, ze zdumieniem, że wszyscy są... ubrani w szorty, klapki...
i T-shirty. Po krótkim wahaniu, konsternacji i "opary" przyjaznych uśmiechów, chcąc dostosować się do lokalnych obyczajów przebraliśmy się na „pełen luz”. Po północy, podczas dyskotekowych gorących tańców, tenże luz był wprost zbawienny, uratował nas przed sauną nocy. Tak, więc pomimo „formalnej wpadki” z początku - Sylwester okazał się bardzo udany. Mimo, iż bez wymaganej na tę okazję w Polsce czy też Francji - właściwej elegancji.

Tacy są właśnie Australijczycy: na luzie, bezpośredni- czasem wprost do bólu, bez ogłady, pozorów i zbędnych konwenansów. Szczególnie ci z poza dużych miast, z tzw. „country side”.
Wszyscy są równi i wszyscy mówią sobie po imieniu.

Do Sydney, gdzie mieszkała żona i znajomi jeździłem 1-2 razy w miesiącu.
Wyjeżdżałem w piątek w czasie weekendów. Około 15.00 wsiadałem do auta, puszczałem na cały głos - taśmę Roda Stewarta – „ I am sailing” i zaczynałem podróż.

Pierwszy przystanek w miasteczku Cobar (dystans 480km), gdzie tankowałem; drugi postój - miasto Orange (dystans 426 km). Odległość 906 km, pokonałem kiedyś w rekordowym czasie 5.45 godz...
Czyli średnia 166 km/godz. Droga szeroka, prosta...a więc, gdy była pusta, można było jechać bez ograniczeń szybkości. Poezja i muzyka. Dalej było już gorzej i ciaśniej.
Dystans z Orange do Sydney – 300 km, gdzie ruch już był dużo większy pokonywałem w 3-4 godziny.
Z reguły, około północy byłem już w objęciach żony.

Podróż powrotna Sydney - Broken Hill trwała zwykle dłużej: 12-13 godzin. Wyruszałem około 20.00 w niedzielę i do Cobar było właściwie OK. Ale... tam byłem po północy a tuż przed wschodem słońca - tam rozpoczynała się prawdziwa Australia – savanna i kraina kangurów i strusi.
Nigdy nie zapomnę tych widoków wschodu słońca; na trasie między Willcanią a Broken Hill, kiedy wraz ze mną,
po obu stronach szosy biegły, ścigały się liczne stada; setki może tysiące kangurów i strusi.
Niezapomniany, bajeczny wprost widok. Nawet Hollywood czegoś takiego by nie stworzył.

Trzeba było jednak jechać wolno: 50km/godz. i uważnie, bo niestety zwierzęta, może dla zabawy, może wabione światłami reflektorów, wskakiwały na drogę, wpadając wprost pod koła, a zabicie tak sympatycznego zwierzątka było szczególnie przykre.
Niestety droga często była usłana ciałami zabitych zwierząt, potrąconych najczęściej - przez tzw. ”Road Trains” wielkie ciężarówki (składające się z kilku przyczep), wyładowanych towarem.
Wszystkie ciężarowe samochody i wiele „osobowych miejscowych” - miały zainstalowane specjalne stalowe „odboje” przeciwko takim też zderzeniom. Czasem trzeba było jechać... „slalomem”.
Smutnym widokiem były też, specjalne samochody porządkowe, które codzień rano czyściły drogi, z ciał zabitych zwierząt (głównie kangurów).

Kangury to duże, ciężkie zwierzęta, nierzadko ważą ponad 200 kg, ale mimo to są dość zwinne, potrafią skoczyć 6-8 metrów. Czasem naprawdę trudno było przewidzieć ich zachowanie na drodze.
W Australii wtedy, było około 18 mln ludzi; ponad 80 mln kangurów, a strusi, chyba nikt, nigdy nie policzył.
Miałem niestety kilka zderzeń z kangurami, które niespodziewanie wskoczyły na drogę; jeden dość groźny, w efekcie którego, cały przedni bok auta był do wymiany.

Strusie potrafią być zwariowane i nieobliczalne – podobno też są głupie, mają małe móżdżki – i dlatego tak często chowają głowy w piasek. A może robią to aby ukryć emocje...niezrozumienia swojego istnienia.

Po kilkunastu miesiącach pracy lekarza w Broken Hill, stałem się dość zamożnym człowiekiem.
Przynajmniej w rozumieniu polskim. Duża pensja, zaś koszty i wydatki były naprawdę niewielkie.
Dom wynajmowałem półdarmo, żywiłem się w szpitalu za darmo; prócz tego - niewiele miałem czasu wolnego a w mieście też niespecjalnie miałem na co wydawać. Nigdy w życiu nie lubiłem chodzić po sklepach.
A poza miastem była pustynia. Jedyne koszty, które miałem to były wyjazdy do Sydney...

Broken Hill - to stare górnicze miasto, przynajmniej w historii Australii, które powstało w końcu XIX wieku w okresie gorączki złota. Wtedy najbardziej ludne miasto kontynentu (liczyło ponoć 100 tys. ludzi).
Ale, kiedy złoto się skończyło, miasto zaczęło powoli umierać.
W czasach mojej bytności tamże - liczyło zaledwie 15 tys. mieszkańców. Infrastruktura miasta ograniczała się właściwie do jednej, głównej ulicy Srebrnej, (Argent Street), na której stały: poczta, hotele, puby, sklepy i knajpy. Od niej odchodziły prostopadłe ulice, zabudowane małymi domkami zupełnie, jak na szachownicy.

Miasto kurczyło się i umierało do środka. Na jego obrzeżach mieścił się szpital i kilka kopalni, głównie srebra i miedzi, które od lat, były podstawowym źródłem zatrudnienia. Wokół Broken Hill znajdowały się olbrzymie farmy, niektóre liczące po kilkaset tysięcy hektarów, zajmujące się głównie hodowlą bydła: owiec, kangurów i strusi.
Dalej była już tylko pustynia.

Mieszkało tam dużo ludności Aborygenów, szczególnie w miejscowości Wilcannia, najbliższej do Broken Hill oddalonej o 206 km. Musiałem też czasem tam jeździć na konsultacje medyczne.

Jedną z wyjątkowych, niespotykanych nigdzie indziej poza Australią, atrakcji zawodowych Broken Hill, były dyżury w Royal Flying Doctor Service (RFDS), gdzie do pacjentów latało się małymi samolotami, do odległych czasem o setki kilometrów, farm, osad. Lot trwał kilka godzin; cały czas był z chorymi kontakt radiowy.
Każdy taki dyżur to dla mnie było wielkie, niezapomniane przeżycie...

Bardzo ciekawym rozwiązaniem dla centralnej Australii, była też kwestia edukacji dzieci farmerów w tamtych regionach, które chodziły do szkoły, włączając codziennie ...na kilka godzin...radio.

Koniec Odcinka 23.

Ryszard Opara

 

KOMENTARZE

  • Józef Teodor Konrad Korzeniowski ?
    Tak sie czyta. Fantastyczny odcinek. Kazdy by tak chcial.
  • Autor@ zaskakujące informacje....finansowe
    Teraz lekarze zarabiają podobnie czy dużo więcej?

    Ps.
    Fajnie się czyta...
  • @staszek kieliszek 05:30:54
    Witam Pana Staszka,

    Miło słyszeć, że Panu się podoba - mam nadzieję, ze będzie Pan nadal czytał - zostało jeszcze z 60 a może więcej odcinków.
    No cóż - życie i wszystko idzie do przodu - a przyszłość pokaże jeszcze wiele ciekawości.

    Dziękuję również za porównanie.
    Osobiście bardzo lubię tego autora (Joseph Conrad) - znakomicie opowiada choć czytałem go głównie po angielsku.

    Pozdrawiam
  • @Zbigniew Jacniacki 23:09:11
    Witam Cię Zbigniew serdecznie,

    Nie wiem dokładnie ile teraz zarabiają w szpitalach publicznych lekarze specjaliści - przypuszczam, że to w granicach - $400 tysięcy rocznie.
    Słyszałem, że dobry specjalista w prywatnej przychodni zarabia brutto ok 1 miliona dolarów.

    Wtedy moja pensja była ok $105 tys rocznie - za 40 godzin pracy na tydzień -czyli ok $50/godzinę

    Do tego jednak dochodziły dyżury - a te były płatne podwójnie... a tak jak pisałem czasem byłem na dyżurze praktycznie na okrągło. A więc...
    Tydzień = 24 x 7 = 168 godzin.
    Czyli jak z rachunków wynika: 40 x 50= $2,000 + 128 x 100 = 12,800 - czyli teoretycznie mogłem zarobić $14,800 na tydzień

    Oczywiście rzadko pracowałem tyle godzin - choć zdarzało sie w wypadkach nagłych - tak pracować.

    No i oczywiście z pensji pobierano od razu podastek.

    Wybacz ten długi wywód - ale tak było jak pamiętam.

    I gdzie te czasy - żal duszę ściska...

    Pozdrawiam

    Ryszard
  • @Ryszard Opara 00:03:29
    W USA lekarz w najgorszym miejscu(wiosce) zarabia $200K rocznie. Z tego oczywiscie musi zaplacic ubezbieczenie od sadzenia za blad w sztuce. Spotkalem kiedys agenta ubezpieczoniowego, ktory sprzedawal lekarzom te ubezpieczenia. Powiedzial mi , ze wystarczy mu sprzedac tych ubezpieczen dla 5 lekarzy rocznie i juz ma z czego zyc przez rok. Wnioskuje wiec ,ze minimalna stawka dla lekarza musi byc rzedu $80K-$300K rocznie . Za litr slonej kroplowki w amerykanskim szpitalu pacjent placi $1500. Za tabletke od bolu glowy $30. Caly system opieki zdrowotnej w USA to farsa. Predzej czy pozniej to pasc musi i lekarz bedzie zarabial jak kazdy wyksztalcony czlowiek a nie jak bozyszce.Nie bedzie musial kupowac ubezpieczenia od swej roboty jak cos sknoci. Kucharz nie placi ubezpieczenia na kotleta, ktorego nie dopiecze. Matka nie placi ubezpieczenia jak dziecku kanapke krzywo poda.
  • @staszek kieliszek 07:31:02
    Czyli najlepszy biznes na służbie zdrowia , to znowu firmy ubezpieczeniowe robią.
  • @Ryszard Opara 00:03:29
    A ja mam inne pytanie. Czy uważa Pan, że te milionowe zarobki lekarzy są uzasadnione? Jeśli tak to czym można je uzasadnić?
  • @zadziwiony 15:36:13
    Szanowny Panie,

    Rozumiem czasem dlaczego Pan jest Zadziwiony.

    Kwestia zarobków jest wogóle dyskusyjna - dla mnie niezrozumiała.
    Podam kilka przykładów - argumentów do dyskusji "za i przeciw".

    Lekarze moim zdaniem zarabiają za dużo - ale...,

    żeby zostać lekarzem - trzeba najpierw studiować 6 lat; potem rok stażu a specjalizacja 1 i 2 stopnia to kolejne 6-8 lat - czyli w sumie ok 15 lat!
    Lekarze często ratują życie człowieka. (Zgoda - Czasem je niszczą!!!)
    Lekarz specjalista - w Australii - w szpitalu zarabia ok $125/godzinę - za 40 godz pracy tygodniowo. Dyżury płatne są podwójnie.W prywatnych przychodniach lekarze zarabiają więcej...Płacą firmy ubezpieczeniowe.

    Ale np. Hydraulik czy Elektryk - w Australii zarabia $200/godz i on musi uczyć się zawodu... może rok?
    Znam hydraulika, który zarabia $2,000 dziennie!!!
    Nigdy nie pracuje po godzinach - wtedy odpoczywa...

    Prawnicy: Znałem prawników w Polsce, którzy liczyli sobie €400/godz konsultacji. Bez względu na to czy wygrają sprawę czy nie (w Sądzie).
    Podobnie jest w Australii, czy w USA - Firmy Prawnicze zarabiają duże pieniądze - dużo większe niż lekarze - i wszystko jest OK...ludzie płacą.

    Prawnik nie ponosi żadnej odpowiedzialności za swoją pracę a lekarz - jednak ma zupełnie inną sytuację...ponosi odpowiedzialność - nawet jeżeli to jest tylko kwestia sumienia...odpowiedzialności moralnej.
    Chociaż ja np uważam, że powinno być jak w starożytnych Chinach - lekarz dostawał wynagrodznie, tylko kiedy rzeczywiście wyleczył kogoś.

    Kwestia "Służby Zdrowia" w USA - to już jest absolutna farsa - zgadzam się z P. Sztaszkiem Kiliszkiem. Byłem w USA i dokłądnie przyjrzałem się temu systemowi. Tam, jeżeli człowiek nie jest milionerem - po prostu nie może chorować. Choroba jest równoznaczna z bankructwem.
    Byle zabieg kosztuje kilkadziesiąt tysięcy $ (jeżeli zwykła kroplówka - to koszt $1,500 - a jedna tabletka $30!)
    Ale największe pieniądze i interesy w USA na służbie zdrowia, zarabiają nie lekarze a prawnicy i firmy ubezpieczeniowe!!!

    Znam lekarzy chirurgów, którzy przestali praktykować, bo nie mają pieniędzy na ubezpieczenie!!!

    No ale oczywiście najwieksze biliony zarabiają Firmy Farmaceutyczne!!!

    W dzisiejszym świecie lekarze nie zajmują się leczeniem chorych.
    Ich główne zadanie - to sprzedaż leków i nadziei - chorym ludziom.
    No bo co to za interes - wyleczyć człowieka?
    Interes to sprzedawać mu leki i technologie - przez całe jego życie!!!

    Moim zdaniem dzisiejsza Ameryka - to absolutnie CHORY Kraj -

    Tak jak zresztą Dzisiejszy Świat - rządzony żądzą PIENIADZA.

    To wszystko niedługo musi umrzeć -
    NIE MA NA TO LEKARSTWA ani lekarza. Ani nawet nadziei.

    Smutne to - ale prawdziwe.

    Ja swoimi róznymi działaniami - mam nadzieje obudzić Świat z Letargu.
    Wiem, że moje szanse są niewielkie - żadne.
    Ale będę próbował!

    Pozdrawiam

    Ryszard Opara
  • @staszek kieliszek 07:31:02
    Szanowny Panie Staszku,

    Wiem jaka jest sytuacja w USA - mieszkałem tam kilka lat w San Diego i LA - dokładnie przyjrzałem się temu co się dzieje w Służbie Zdrowia...

    To prawdziwy dramat - Pan podaje kilka przykładów.
    Ja też kilka w odpowiedzi, której odzieliłem poniżej dla Zadziwionego.
    Proszę uprzejmie przeczytać - nie chcę powtarzać.

    Jak wspomniałem Ameryka to obecnie chory kraj, który niedługo musi umrzeć. Nie ma na to lekarstwa ani lekarza.
    Tak zresztą, jak cały świat, który patrzy na Amerykę i próbuje ją dogonić.

    Będę o tym pisał w kolejnych odcinkach, publikacjach.

    Jak wspomniałem też - znam dobrze Obecną Rzeczywistość,
    swoimi rozmaitymi działaniami, próbuje obudzić cały "Świat z Letargu".

    Wiem, że moje szanse są niewielkie, żadne - ale będę próbował do końca swych dni - w nadziei, że każda kropla - drąży skałę.

    Pozdrawiam serdecznie

    Ryszard Opara
  • @Ryszard Opara 01:27:17
    Dzięki za odpowiedź.
    Panie Ryszardzie. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie zazdroszczę nikomu kasy. W swoim czasie zupełnie przyzwoicie zarabiałem, a i teraz na chleb z przysłowiową szynką i ciepłe mieszkanie mnie stać. Tak naprawdę, do tego potrzebna jest już tylko odpowiednia kobieta, by normalny czlowiek mogł szczęśliwie żyć.
    Ale jeśli ma się odrobinę empatii i zrozumienia dla innych ludzi, to po prostu za przeproszeniem wkurwia go , gdy widzi ten szalony , mimo wszystko bardzo niesprawiedliwy system, w którym jeden w zimie na oblodzenym kiblu siada, a inny wydaje w ciagu tygodnia na swojego kota więcej niż ten marznący ma na zycie w ciągu miesiąca. Złe jest to tym bardziej, że ta dysproporcja w dochodach i posiadanym majątku ciagle się pogłębia. Złe jest też to, że określone zawody, które Pan wymienił posiadają praktycznie imunitet na tworzenie prawodawstwa utrwalającego ich uprzywilejowaną pozycję zawodową.
    Byłem w przeszłości zagorzałym "korwinowcem", dopóki nie pojąłem rzeczywistych mechanizmów rządzących tym światem.
    Niestey uważam, że nikt nie jest w stanie zmienić tego porządku opartego na rządach pieniądza. Chyba w akcie stworzenia zostalismy tak zaprogramowani, że naszą - ludzi największą wartością jest chęć posiadania i władza, choćby po trupach innych ludzi. W wyniku działania tych mechanizmów, doszło do tego , że grupa psychopatycznych , bezwzględnych, zdegenerowanych jednostek objęła swą władzą praktycznie całą Ziemię i przy pomocy tego wieliego pieniądza, wykorzystując pazerność innych układa świat w myśl swych chorych urojonych pomysłów.
    Pewnie w niedługim czasie dzisiejszą cywilizację czeka niesławny koniec.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031