Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
413 postów 2186 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Lekarz z powołania. Polak - Patriota. Humanista. Misja i Cel Mojego Życia - Pomagać innym ludziom.

AMEN - Autobiografia Naukowa Odc. 22

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Sydney Hospital. W maju 1980 r., zaledwie 4 miesiące od przyjazdu, jako emigrant do Australii i to ze słabą jeszcze znajomością języka ale już z rejestracją medyczną, rozpoczynałem normalną pracę, w swoim zawodzie...

Autobiografia Naukowa – Odc. 22

Sydney Hospital – wracając do preludium emigracji.

W początkach pobytu w Australii moim głównym, właściwe wejściowym problemem, była słaba znajomość języka angielskiego.
Owszem trochę po miesiącu zacząłem mówić ale niewystarczająco aby pracować w zawodzie lekarza.
Wierzyłem, że szybko się nauczę, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że chyba nie zrobię tego właściwie – jeżeli będę przebywał wśród emigrantów z całego świata, no i Polaków. Każdy mówił inaczej, z innym akcentem.

Zresztą, jednym z głównych powodów naszej migracji właśnie do Australii (nie np USA), był fakt, że moja żona... miała dużo rodziny w Ameryce i wszyscy byli emigracją powojenna ale w sumie dość kiepsko mówili po angielsku. Używali bardzo dziwnego slangu, mieszając oba języki.
Mówili np. „drajwować po stritach” i używali wiele innych określeń „spolszczonego” angielskiego.
Jakoś instynktownie czułem i wiedziałem, mając wielką ambicję być dobrym lekarzem w Australii, że absolutną podstawą do osiągnięcia tego celu, jest dobra znajomość tego języka.

Na Antypodach nie znaliśmy nikogo; to był właściwy początek. Wiadomo początki są trudne i czasem tak trzeba. Pomimo logiki i praktyki. Wiedziałem i akurat w tym względzie miałem rację.
Uczyłem się języka bardzo szybko i starałem się to robić z dobrym, australijskim akcentem.
Kursy języka dla emigrantów były darmowe, ale pomimo tego po kilku lekcjach zrezygnowałem.

Czułem, że prawdziwy język angielski znają wyłącznie ludzie, którzy posługują się nim zawodowo np.: lektorzy, aktorzy; księża w kościele lub dziennikarze. I tylko własnie od nich mogę nauczyć się dobrego posługiwania się angielskim.

Ponieważ mam od poczęcia, wyjątkowo dobry słuch, starałem się ich dokładnie imitować i bez przerwy powtarzać. Miałem absolutną rację. Na dowód tego przytoczę prosty fakt.

W początkach mojego pobytu w Australii, wiele osób podczas rozmowy ze mną, standardowo na początku zawsze pytało wprost: Skąd pochodzę - „where are you from”? Odpowiadałem, zgodnie z prawdą...
Ale - już po paru latach, ludzie dowiadując się, że jestem z Polski...większość twierdziła z przekonaniem:
OK - Ale Ty, na pewno urodziłeś się w Australii, tylko twoi rodzice są Polakami...

Aby dodatkowo podszlifować swój angielski, zwłaszcza terminologię medyczną, zacząłem chodzić codziennie do Sydney Hospital, jako tzw.„medical observer” (medyczny obserwator) na Izbę Przyjęć.
Dyrektor szpitala zgodził się na to pod warunkiem, że nie będę absolutnie wykonywał samodzielnie pracy lekarza, nie będę też wykonywał... żadnych zabiegów; oraz oczywiście za spędzony tam czas - nie będę pobierać żadnego wynagrodzenia.

Jak się później okazało, była to jedna z moich najlepszych, życiowych decyzji, która w pewnym sensie a może nawet zasadniczo - zadecydowała o dalszych, moich losach.

Przyjechałem z Polski, po kilku patach pracy jako anestezjolog i miałem dość duże doświadczenie w przypadkach nagłych, zagrażających życiu. Natomiast na Izbie Przyjęć w Sydney Hospital, pracowali głównie stażyści, świeżo po studiach.
Dlatego, właściwie już po kilku tygodniach; wbrew ustaleniom z dyrektorem szpitala, nie tylko że...pracowałem
jako normalny lekarz (bez pensji) - ale również stałem się właściwie „ekspertem” Izby - w sprawach nagłych.
Niektóre zapamiętane szczegóły opisuję poniżej.
Samo życie i okoliczności takiej decyzji dokonało.

Na początku lat 80-tych, Sydney Hospital, który miał ponad stuletnią tradycją; zlokalizowany jako jedyny w
samym centrum miasta, był wyjątkowo „busy” – oblężony pacjentami.
Kierowano tam więc wszystkich pacjentów, po wypadkach samochodowych w centrum i ludzi, którzy np. zasłabli
w pracy, w biurze. Na Izbie Przyjęć tego szpitala, zawsze były więc tłumy ludzi i mnóstwo pracy...

Jakiś dziwny przypadek losu sprawił też, że akurat w czasie kiedy ja się tam pojawiłem - Dyrektor Izby Przyjęć, znakomita zresztą Pani Doktor...była na „przedwczesnym urlopie macierzyńskim”.
Nie było chętnych na zastępstwa. Czasami, „z łapanki” udało się kogoś zwerbować z innego szpitala na dyżur,
ale często jednak, brak było wolentariuszy... Taka, czasem typowa niedołężność - publicznej Służby Zdrowia.
Dlatego też...po kilku tygodniach...sanitariuszy z ambulansów, szczególnie w przypadkach nagłych kierowano - bezpośrednio do mnie.

Wiedział o tym również dyrektor szpitala, który zmuszony koniecznoscią jakoś zaczął to tolerować.
Starałem się wszystko robić naprawdę dobrze; miałem dużą praktykę, ale też wiedziałem: „zło nigdy nie śpi”.
Nie mogłem ryzykować przyszłości...
W sumie... Dyrektor Szpitala nie miał „wyjścia awaryjnego” - a tylko kilkunastu niedoświadczonych stażystów. Problem jednak był ciągle zasadniczy - ja nie miałem jeszcze rejestracji medycznej.

Administracja Szpitala postanowiła więc chyba przymknąć oczy na tę drobnostkę biurokratyczną, no i... 
zaoferowała mi -jako rekompensatę pensji... bezpłatne posiłki, w ekskluzywnej restauracji szpitala, która była wyłącznie dla lekarzy specjalistów szpitala oraz tzw. „HMO” – Honorary Medical Officer; - specjaliści pracujący honorowo i „VMO” – Visiting Medical Officer; czyli specjalistów nie etatowych...

Jak się jednak wkrótce okazało, moja darmowa „posiłkowa” Praca na Izbie Przyjęć w Sydney Hospital, miała nieoczekiwanie, dość przełomowe znaczenie, na moje dalsze losy w Australii.

Pewnego dnia, w piątek wieczorem około 19:00 ambulans przywiózł pacjenta, który zasłabł na ulicy i był w stanie krytycznym – tzw. „śmierci klinicznej”. W tym czasie, większość lekarzy specjalistów skończyła pracę, bądź już gdzieś zniknęła, więc oczywiście natychmiast zawołano mnie.

Pacjent był w wieku pięćdziesięciu paru lat, miał prawie niewyczuwalne tętno, ciśnienie krwi około 50/0 i dość nieregularny, sporadyczny oddech.
Sanitariusze stali bezczynnie, lekarze stażyści - jak zwykle jakoś... nie kwapili się do działań. Wszyscy jakby czekali na cud albo już też przesądzili - w pewnym sensie... zgon ...pacjenta umierającego na noszach.

Będąc anestezjologiem, natychmiast bez wahania rozpocząłem reanimację:
Najpierw tego faceta „zaintubowałem” (włożyłem rurkę oddechową do jego tchawicy), podłączyłem do respiratora, wkłułem się do żyły głównej, (wszystkie inne żyły były już zapadnięte), zainstalowałem kroplówkę.
Wszystko trwało minutę. Dla mnie to była rutyna, wypraktykowana latami w Pogotowiu i Szpitalu Banacha; personel Izby patrzył na to...z niedowierzaniem, może trochę nieukrywanym podziwem; wykonując wszystkie
moje polecenia bez wahania.
Tego dnia, przypadkowo stworzyliśmy naprawdę - bardzo zgrany zespół.

Wstępne badanie EKG serca u pacjenta, wskazywało na rozległy zawał „przedniej ściany serca”.
W szpitalu był wprawdzie na III piętrze Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, ale pacjent na IP...był w stanie krytycznym i bez oddechu nie dojechałby tam żywy - na czas. Decydowały sekundy.
Zrobiłem wszystko co trzeba na Izbie Przyjęć; potem zawiozłem go na OIOM w celu kontynuacji działań; przeprowadzenia właściwej diagnostyki oraz dalszej stabilizacji.
Po całej akcji reanimacji (CPR), około 21.00, spokojnie poszedłem do hostelu.
Pieszo - 8 km...,ponieważ, jak zwykle szkoda mi było, tego dnia - pieniędzy na bilet.

W poniedziałek rano, byłem w szpitalu, jak zwykle ok 8-mej rano; ale już w bramie jak zauważyłem... czekał na mnie dyrektor. Trochę się przeraziłem, kiedy bez nawet dobrego słowa na powitanie - z kamienną twarzą, kazał mi iść za sobą. Pomyślałem...pewnie pacjent z piątkowego dyżuru jednak zmarł, a mnie będą teraz za to winić. Zacząłem się obawiać się przyszłych problemów z medyczną rejestracją. Poszliśmy razem wprost na OIOM.

Tam, na łóżku leżał mój pacjent, ale już przytomny, „rozintubowany”, nawet bez kroplówki.
Na mój „pierwszy rzut oka” - w całkiem dobrym stanie.
Dyrektor szpitala, po raz pierwszy wtedy uśmiechnął się do mnie; zwłaszcza kiedy... ów pacjent zapytał o moje nazwisko, potem inne szczegóły m.in.:
- Gdzie, ja się tego nauczyłem? „Where did you learn all of this” .
Odpowiedziałem krótko: w Polsce pracowałem kilka lat jako anestezjolog.

Dowiedziawszy się od Dyrektora Szpitala, że jestem w szpitalu tylko jako „obserwator medyczny” - na nauce języka i bez rejestracji medycznej - na jego twarzy pojawiła się widoczna konsternacja.
Okazało się, że ów pacjent - dr Gand, był znanym w Sydney lekarzem, neurochirurgiem, (tak jakby na ironię moich dawnych marzeń... od czasów stażu i prof. Rudnickiego) - w dodatku zaś, ważnym członkiem zarządu rejestracji „Australian Medical Registration Board”.

Sytuacja, zrobiła się dla mnie bardzo przyjemna, zwłaszcza, kiedy Dr. Gand - podsumował krótko i wprost:
„Swoim postępowaniem i fachowością - uratował mi Pan życie. Nigdy tego nie zapomnę”.
To był naprawdę - jeden z najprzyjemniejszych momentów, w moim życiu.
Pomyślałem sobie wtedy: nieważne nawet co będzie dalej… ale tego dnia - nigdy nie zapomnę. Tak się stało.

W trakcie dalszej rozmowy Dr. Gand podał mi swój telefon oraz poprosił, abym odwiedził go, w jego biurze za dwa  tygodnie, dokładnie kiedy zakończy wstępny okres rehabilitacji kardiologicznej.
Odwiedziłem go zgodnie z ustaleniami, w biurze Australian Medical Registration Board. (AMRB)

Dr. Gand zaproponował mi wypełnienie wniosku o rejestrację medyczną, którą osobiście obiecał przedstawić na najbliższym posiedzeniu AMRB. Zrobiłem to od razu, w gabinecie dr Ganda. To była właściwie tylko formalność.

Wkrótce potem dostałem od niego propozycję pracy, w małej miejscowości Broken Hill - 1200 km na zachód od Sydney. Pensja roczna ok. 100,000 dolarów. Dodatkowo wynagrodzenie za dyżury. Zgodziłem się natychmiast. Dla mnie, wtedy - to był wprost majątek.

Wszystko odbyło się zgodnie z planem jak obiecał Dr Gand. Potem przez wiele lat byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Żył jeszcze 35 . Rozłączyły nas losy... nieubłaganego postępu czasu i praw natury.

I tak właśnie, w maju 1980 r., zaledwie 4 miesiące od przyjazdu, jako emigrant do Australii i to ze słabą jeszcze znajomością języka ale już z rejestracją medyczną, rozpoczynałem normalną pracę, w swoim zawodzie...
i to za duże - dla mnie wtedy olbrzymie, niewyobrażalne pieniądze - jako lekarz anestezjolog.

Koniec Odcinka 22

Ryszard Opara

 

KOMENTARZE

  • 5* +
    Super odcinek.

    Odkrywać swoją drogę życia.
    I... iść nią.

    Pozdrawiam
  • 5*
    Piękna, budująca historia.
    Czasami los (?) bywa dla nas bardzo łaskawy.
    Ważne, żeby umieć wyjść mu naprzeciw.
  • Autor,nie raz tysiące kilometrów trzeba pokonać aby uratować 1.życie.
    .
    Np:
    Mój kolega w Pekinie nagle wszedł w butach do basenu dla dzieci i uratował tonące dziecko pośród zajętych zabawą dzieci, oraz przy nieuwadze matek siedzących i rozmawiających na ławce.

    Mamy szybką komunikację.
    Warto ratować Polaków prawdziwą równowagą systemu, przez rezygnację z domniemanej (czyli wirtualnej równowagi) zapisanej w konstytucji.
    Na trzech komorach serce nie pracuje.
    Pozdrawiam
  • Autor
    "...zapytał o moje nazwisko, potem inne szczegóły m.in.:
    - Gdzie, ja się tego nauczyłem? „Where did you learn all of this” .
    Odpowiedziałem krótko: w Polsce pracowałem kilka lat jako anestezjolog"

    Też miałem takie pytanie.
    Na samym początku mojego pobytu za pracą w Hiszpanii wykonywałem skomplikowaną instalację elektryczną w luksusowym mieszkaniu pod inwalidę na wózku dużo czasu spędzającego w łóżku. Termin był krótki, projekt typowy, ale nie należało na niego specjalnie patrzeć bo na bieżąco byli inżynierowie którzy nanosili poprawki.
    Na początku był mały zgrzyt - dzień pracy na darmo, bo z powodów językowych źle zrozumiałem polecenie. Zaślepiłem odcinek instalacji i reszta poszła gładko. Pod koniec przyszła pani inżynier ze sporą listą poprawek i uzupełnień. Wyglądało na tydzień roboty i liczne konflikty z wykonawcami innych branż mających ten sam krótki termin.
    Na szczęście był ten zaślepiony odcinek instalacji który użyłem, i kiedy pani inżynier po kilku godzinach przyszła, mogłem jej zameldować ze już kończę i może sprawdzać. Była w szoku i zaraz przyszła z pytaniem "gdzie się tego nauczyłem"?
    Też odpowiedziałem że w Polsce - nie dodałem tylko że nawet bardziej skomplikowane instalacje i sam robiłem projekty (żeby nie było że chcę robić konkurencję szefowi).
    Niestety nie poszedłem za ciosem, a nawet nie skończyło się to dobrze, bo mój płatnik (Polak), choć bardzo przyjazny w czasie pracy okazał się również graczem na maszynkach do wygrywania pieniędzy i złodziejem.
  • Znakomity odcinek.Polacy to najzdolnieszy narod na swiecie.
    Na obczyznie, nie znajac miejscowego jezyka, obyczajow, robia cuda.Mam dziesiadki takich przykladow z mego zycia, od znajomych tez. Koleje w Ameryce poludniowej na przyklad. Telefon na klawisze- moj znajomy. Pierwszy oblatywacz F-16, parafianin z mego kosciola. Mysliwiec Avro Arrow w Kanadzie, Polacy co drugi w tym projekcie. Szkoda gadac i udawadniac. POLSKA.
  • Ekstra Super Plus
    Piękna opowieść Ryszardzie.

    Nigdy nie uwierzyłem w znane niektórym opowieści o ustawianiu Twojej Australijskiej kariery przez służby Kremla i ta opowieść umacnia mnie w tym stanowisku. Trafiłeś na punkt podparcia, dla poruszenia Australijskiego systemu ochrony zdrowia.

    Różne są loterie w naszym życiu. Różne są główne wygrane.
    Czasami, jak ta z Bolkiem, są ustawiane.
    Ta Twoja nie !

    Dużo osobistego zdrowia :)
    Andrzej
  • @Andrzej Madej 09:51:35
    Witam Serdecznie Drogi Andrzeju,

    Miło mi, że podoba mi się moja autobiografia.
    Mam nadzieję, będziesz ją nadal czytał, a zapewniam Cię - mam jeszcze wiele interesujących rzeczy do opowiedzenia.

    Oczywiście, wiele osób opowiadało rozmaite bzdurne historie o moim życiu, emigracji; sukcesach w Australii - wszystko po to aby zlikwidować moje szanse w "polskim życiu politycznym".
    Kiedyś jak zapewne wiesz, miałem pewne ambicje zmiany sytuacji; rzeczywistości politycznej i społecznej w naszym kraju. Nie udało się.

    Niestety negatywna działalność tych osób wobec mnie, dezinformacja - w sumie okazały się bardzo skuteczne.
    Zdecydowałem się na powrotną emigrację.

    Doszedłem do wniosku, że osoby takie jak ja - nie są mile widziane w naszej ojczyźnie. Nie ma dla nich miejsca, w obecnej rzeczywistości.
    Ja też nie nadaję się do polityki - bo nie potrafię kłamać i manipulować ludzmi czy też prawdą... Przykre to ale prawdziwe.

    Uważam, Polska jest krajem skrajnie spolaryzowanym i niestety chyli się ku upadkowi, który jest tylko kwestią czasu. Polska (jak też cała UE) jest też miejscem narastającej liczby oszustów, złodziei i manipulacji.

    Dodatkowo w Polsce brakuje kilku podstawowych, koniecznych rzeczy, dla przetrwania istnienia narodu.
    Zgody, zrozumienia i wspólnoty w działaniach - dla dobra kraju,

    Ja, na resztę swojego życia, zdecydowałem się na powrót do korzeni - do medycyny - będę pomagał ludziom żyć zdrowo, długo i bezpiecznie.
    Mam nadzieję robić to charytatywnie.

    Będę też w wolnych chwilach pisać książk na tema filozofii i sensu życia.

    Pan Bóg a może przeznaczenie - osądzi moje starania i wysiłki.

    Pozdrawiam najserdeczniej

    Ryszard Opara

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031