Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
297 postów 1629 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Polak. Patriota. Humanista.

AMEN-Autobiografia Naukowa- Odc.17

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Początek drogi do Wolności...Węgry - Grecja - i z powrotem Turcja, Bułgaria, Jugosławia, Węgry - WIEDEŃ.

Amen - Biografia Naukowa Odc. 17

Początek drogi do Wolności...Węgry - Grecja i z powrotem - Turcja, Bułgaria, Jugosławia, Węgry - WIEDEŃ.

Do hotelu w Budapeszcie, dotarliśmy bez żadnych problemów. Mieliśmy zresztą dokładną mapę, dostarczoną przez PZMot (nie było jeszcze wtedy GPS-ów). Pod tym względem cała wycieczka była naprawdę świetnie zorganizowana, choć prawdę mówiąc - dość droga.
Kosztowała 65,000 zł- co w ówczesnych czasach - było równowartością dobrej, 2-letniej pensji.

Tyle też oficjalnie - kosztował tzw. maluch Fiat 126p, ale tylko, jak się miało na niego tzw. talon.
Na wolnym rynku cena „malucha” była dwukrotnie wyższa.

Następnego dnia, zatrzymaliśmy się na południu Węgier, w Segedyn, które było uroczym miastem –kolejny postój miał być w Belgradzie, stolicy ówczesnej Jugosławii (ciągle jeszcze członka RWPG) a potem była... Grecja.

Czyli za tą granicą, wyjeżdżaliśmy z Socjalizmu - do kraju kapitalistycznego. Na południu ale na „zachodzie”. Wtedy tak właściwie definiowano kapitalizm. Wszystko jakoś, wbrew jedynie słusznej propagandzie...odbywało się normalnie, inaczej, bez żadnych problemów, czym szczerze mówiąc byliśmy znowu nieco zaskoczeni.

Po przekroczeniu granicy Grecji, zatrzymaliśmy się na kilka godzin - w przepięknym, starożytnym amfiteatrze -Heraklion. Zbudowany kilka tysięcy lat temu charakteryzował się wspaniałą akustyką – cud inżynierii, którego dzieła, chyba nigdy, nikomu nie udało się powtórzyć, we współczesności.
Np. dzwięk rzutu monety na scenie, słychać było w całym amfiteatrze - na wszystkich ostatnich rzędach u góry, kilkadziesiąt metrów dalej i wyżej. Było to niesłychane, niewytłumaczalne.
Zresztą Grecja – zawsze rozbudzała nasze uczucia refleksjami o cudach starożytności, przeszłości.
O geniuszu myśli cywilizacji. Platon, Arystoteles, Sokrates...Byliśmy tam potem wiele, wiele razy...

Z Heraklionu niedaleko już był Peloponez - Loutraki. Naszym pierwszym zaskoczeniem były drogi, autostrady. Równe, proste, zupełnie inne niż w krajach socjalizmu (Demokracji Ludowej).

Drugą przyjemną niespodzianką było Morze Egejskie - w porównaniu do naszego Bałtyku - było ciepłe, czyste. Szeroka plaża, piaszczysta a w dodatku - nie aż tak bardzo zatłoczona - jak nasze.
Hotel Loutraki - jak na nasze ówczesne wymagania, był też naprawdę dobrej klasy. Pokoje czyste, kolorowe, przyjazne. Duże małżeńskie łoże. Miły uśmiechnięty personel, dobre jedzenie.
Tak samo, kiedy się wyszło na ulice miasta. Wszyscy mili, sympatyczni, usmiechnięci. Wszystko to sprawiało wrażenie, że tutaj żyje się zupełnie inaczej niż w kraju. No i codziennie świeciło słońce!

Właściwie cały dzień spędzaliśmy na plaży, chociaż nauczeni doświadczeniami podróży poślubnej – zawsze pod plażowym parasolem. Dopiero wieczorami po kolacji wychodziliśmy do miasta.
Loutraki - było naprawdę uroczym miastem i to nie tylko dla turystów. Niestety już pierwszego dnia, podczas kąpieli w morzu, zgubiłem obrączkę ślubną. Spadła mi z palca. Żona nieco złośliwie to skomentowała: jako moją podświadomą chęć i wolę udawania „kawalera do wzięcia”.
W odpowiedzi na taki zarzut zaproponowałem jej spacer, gdzieś daleko na plażowe bezludzie, żeby jej udowodnić -jak bardzo się myli.

Po paru kilometrach, dotarliśmy na tereny wolne od turystów, gdzie z jednej strony widać było tylko błękitne morze, zaś z drugiej pagórkowate, obrośnięte jakąś krzaczastą zielenią, piaszczyste wydmy. Właśnie w tak bajkowym pejzażu, na piasku między pagórkami, starałem się udowodnić - jak bardzo się myli; jak bardzo ją kocham.
Myślę, że była zadowolona ale kiedy skończyliśmy nasze manewry miłosne i położyliśmy się na piasku, odpoczywając w strojach Adama i Ewy – nagle zza pagórków... dobiegły do nas gromkie brawa.

Okazało się, że na górze stacjonowała jakaś jednostka wojskowa; a żołnierze pełniący tam wartę mieli niezły zapewne teatr i ubaw. Pewnie takie na żywo... „blue movies” zdarzyło się tam już nie pierwszy raz. Być może była to nawet granica… może nawet nieprzyzwoitości? Ale nie zapytano nas wtedy - o nazwiska, ani paszporty.

Po raz pierwszy właśnie w Loutraki, mieliśmy okazję, skosztować rozmaitości greckich win, alkoholi i owoców; tego tamtejszego menu: mięsiwa, ryb, souflaków, tadzików, różnych sałatek, wszystko bardzo nam smakowało.

Pamiętam jak pierwszy raz poszliśmy „na miasto”, aby kupić butelkę wina; weszliśmy do sklepu, pytając o coś dobrego i niezbyt drogiego. Sprzedawca polecił spróbować jedno, drugie, trzecie wino - coraz większe miarki -
ale nalewał tylko mnie a tak przy okazji -też sobie. Mojej żonie nie.
Zresztą pił tyle samo - co ja, no i...po kilku kieliszkach obaj byliśmy już trochę wstawieni.
Potem - na dowód przyjaźni Polsko- Greckiej: zaczęliśmy tańczyć Zorbę.

Nagle, z zaplecza sklepu, pojawiła się żona sprzedawcy i sądząc po intonacji jej głosu, (oczywiście nie rozumieliśmy greckiego) - nie była specjalnie zachwycona naszym tańcem ani też działaniami własnego męża. Pewnie zresztą nie zrobił tego pierszy raz. Pewnie robił tak ... każdego wieczoru.

Ja też odtąd, codziennie chodziłem do Stavrosa (to było imię sprzedawcy), próbując rozmaitości win.
Właściwie do końca naszego pobytu, nie mogłem się zdecydować, które z nich wybrać i kupić.
Ku mojemu zdumieniu moja żona, nie bardzo lubiła chodzić do tego sklepu; zaś żona Stavrosa - sądząc po jej minie, gdy mnie tylko zobaczyła, nie była specjalnie zachwycona. Wiedziała czym się to skończy.
Pewnie ona, ta jego żona - nie mogła się już doczekać naszego wyjazdu.
Tak czy inaczej pobyt w „Gracji” uznaliśmy za bardzo udany i „owocowy”, chociaż zbyt krótki.

Wracając z Loutraki, z jakąś inną parą wycieczkowiczów, mieszkającą w Krakowie, postanowiliśmy,
tak „po drodze” na Zachód...odwiedzić stolicę Turcji. Nasi znajomi jechali czerwonym Fiatem 126p.
My równie czerwonym...ale Maserati. Razem- tworzyliśmy dobraną czwórkę do brydża - w tym samym kolorze.

Turcja była wtedy po jakimś kolejnym przewrocie wojskowym, ostrzegano nas więc o „korkach”, możliwych kłopotach, kontrolach, ale w sumie przejazd przez granicę odbył się bez problemów. Tym bardziej, że od miasta Saloniki był skręt w prawo, kilkaset kilometrów i byliśmy w Istambule.
Drogi były dobre, ale niebezpieczne. I to nie ze względu na wojsko. Po prostu nikt, nie respektował żadnych przepisów drogowych. Tak jakby ich nie było. Dojechaliśmy na miejsce bez specjalnych problemów.
Pierwszą noc, w drodze, „przekimaliśmy” w samochodzie, aby rano być już w stolicy Turcji.

Na miejscu od razu udaliśmy się na Wielki Bazar. Mieliśmy parę rzeczy na sprzedaż, zabranych z kraju. Między innymi słynne radio „Grundig” (z magnetofonem), bardzo wtedy popularne w Turcji. Sprzedaliśmy je na tzw. „pniu” - za 300 $ – a przy okazji, parę innych rzeczy, które były w naszym samochodzie.
Kupiliśmy też za niewielkie grosze, ładny, zgrabny kożuszek - dla żony.
Tak na wszelki wypadek - było jej w nim do twarzy. 
Maska Maserati - była naszą ladą - platformą sprzedaży, wszystkich transakcji.

Nasi znajomi z Krakowa, też zrobili niezłe interesy. Między innymi sprzedali stare, zepsute żelazko jak i nie działający odkurzacz. Na bazarze w Istambule - można było sprzedać dosłownie wszystko. Rynek był chłonny.

Po opuszczeniu bazaru, byliśmy zamożnymi ludźmi - z majątkiem 500 $. Otrzymaliśmy również, nawet niezłą ofertę za nasze Maserati . Niestety w tym czasie nie mogliśmy go jeszcze sprzedać. Musieliśmy przecież czymś dojechać do Wiednia. Pieszo... byłoby chyba jednak ciut za daleko...nawet dla mnie.

Wynajęliśmy na noc hotel w centrum miasta za 30$. Przed udaniem się na spoczynek chcieliśmy pochodzić może trochę po mieście, ale pojawił się problem…. Recepcjonista z hotelu, który mówił trochę „słabo”, ale po polsku, kiedy zauważył nasze auto powiedział wprost:
- W naszym hotelu nie ma strzeżonego parkingu i jeżeli Państwo chcecie wasz samochód jeszcze kiedykolwiek zobaczyć – szczerze radzę pilnować go jak przysłowiowego „oka w głowie”.

Zrozumiałem insynuację w mgnieniu oka….
Nasz Maserati rzeczywiście, wszędzie wzbudzał duże zainteresowanie. Tłumy gapiów wokół zaglądały do środka.
Nasze żony, obie zgrabne blondynki...też miały powodzenie pośród przechodniów płci odmiennej.
Niemal na okrągło były zaczepiane i wtedy musieliśmy reagować po męsku….W związku z powyższym... 
Na zmianę z kolegą siedzieliśmy, pilnowaliśmy żon, oraz obu samochodów zaparkowanych przed hotelem.
Moja żona musiała spędzić samotną noc w hotelu; ja przespałem się w aucie.
Nie mogłem ryzykować przecież naszych planów wyjazdu do Wiednia –
bo potem, za morzem była może Australia…

Wcześnie rano...po śnaidaniu, znowu byliśmy w drodze ku wolności.

Najpierw Bułgaria, potem Jugosławia, Węgry i… Wiedeń – w sumie razem około1700 kilometrów...

W Bułgarii a więc z powrotem w socjalizmie, niektóre drogi były niestety znów bardzo kiepskie.
Za Plovdiv złapaliśmy „gumę”, którą szybko udało się wymienić z pomocą kolegi na koło zapasowe.
Ale niedługo potem, za Sofią ale tuż przed granicą złapaliśmy drugą gumę i tu już zaczął się problem…
Była sobota, nikt nie pracował. Poza tym, nigdzie i tak nie było opon do takiego samochodu jak nasze Maserati. Nie było wyjścia. Za 100 $ (sprzedawca nie miał jak wydać reszty - ani Lejów – czyli lokalnej waluty ani oczywiście dolarów!), kupiliśmy na stacji benzynowej koło, oponę od Fiata (najbardziej pasujące wymiarem do naszego M).

Jechaliśmy więc dalej, na niej ale z oczywistych powodów oraz ostrożności powoli i trochę wężykiem.
Alternatywy jednak nie było. Parę razy zatrzymała nas milicja, podejrzewając chyba o niecne, nocne libacje.
Skończyło się bezproblemowo - wyjaśnieniami za pomocą wymachiwania rąk i wskazówką na koło.

Poza tym właśnie, Jugosławię i Węgry, gdzie drogi były lepsze minęliśmy bez większych problemów, zatrzymując się, krótko na kawę w okolicach Budapesztu. Stamtąd już tylko było 250 km do Wiednia.

Mieliśmy może trochę „stracha” na granicy Austriackiej, no bo przecież wjeżdzaliśmy do Kapitalizmu ja, tak mając nadzieję na dłużej to po raz pierwszy w życiu, ale tam nie było żadnych problemów.

Było samo południe, słoneczna pogoda, czyste niebo. Celnicy i żołnierz, byli uśmiechnięci, sprawdzili szybko nasze paszporty ale najbardziej interesował ich wszystkich nasz Masserati – wjechaliśmy tam z odkrytym dachem, i mimo zmęczenia, chyba wyglądaliśmy bardzo przyzwoicie - tak jak to młoda para - w podróży poślubnej.

A to był nasz początek drogi do Wolności...AUSTRIA.

Koniec Odcinka 17

Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • Jak zwykle dobrze sie czyta Panski pamietnik.Dzieki.
    Pozdrowienia z Del Rio, miasteczka w Teksasie gdzie gdzie rzeka wyplywa z ziemi i to dosyc durza bo lokalni skacza do niej z kilku mostow, tak gleboka jest. Czysta jak lza, niebieska. A po za ta rzeka to syf w tym miasteczku. Bylem przy plocie z Meksykiem bo granica leci przez polowe miasta. Zasieki jak NRD z NRF.
  • @staszek kieliszek 04:12:06
    Szanowny Panie Staszku,

    Miło mi słyszeć, że przynajmniej Panu dobrze się czyta mój pamiętnik.
    W sumie nawet sporo wejść - ale komentarzy niewiele...
    Nie wiem czy to robota tego Pana Tańczącego z Widłami, czy po prostu ludzie czytają bez komentarzy.

    Widzę, że Pan też sporo podróżuje. Ameryka to bardzo ciekawy kraj - jest w niej chyba wszystko, co bardzo piękne na tym naszym świecie - ale z moich doświadczeń jest też sporo skrajności - piękna i brzydoty; bogactwa i biedy, cnót i zalet oraz grzechów i przekrętów.
    Wszystko czego dusza zapragnie.

    Miłych dalszych podróży i rozmaitości wrażeń.
    Mam nadzieję nadal Pan będzie czytał moją autobiografię.

    Pozdrawiam
  • @Ryszard Opara 05:15:52
    Tańczący z Widłami został zbanowany za mówienie prawdy o Lechu Kaczyńskim, poza tym wątpię, by miał wpływ na czytelników, by nie komentowali. To raczej treść Pańskich wspomnień nie nastraja do komentowania... Zresztą mogę mówić tylko za siebie, bo nie wiem, jakie powody mają inni czytelnicy - ja Pana po prostu nie rozumiem, a i nie chcę wydawać opinii o Pańskim życiu z mojego punktu widzenia, podobnie jak nie życzyłabym sobie, aby ktokolwiek wydawał opinie o moim życiu. To jest chyba fair play, nieprawdaż?
  • @Lotna 16:34:37
    Ja np. nie widzę niczego niezwykłego w tym co opowiada R. Opara. No może to , że jest dość szczery jeśli chodzi o sprawy kontaktów z kobietami. Mogę pwiedzieć, że takie życie prowadzi zdecydowanie przeważająca część mężczyzn tyle , że swoim kobietom ze zrozumiałych względów o tym nie opowiadają. Z tego prawdopodobnie wynika Twoje zdziwienie życiem autora. Po prostu nie znasz mężczyzn i masz pewnie nieco wyidealizowany ich obraz. No i dobrze.
    Oczywiście są mężczyźni którzy mieli tylko jedną kobietę. Ale to naprawdę wyjątki, podobnie jest z kobietami.
    Życie jest takie jakie jest, a nie takie jakie sobie obmyślimy.
  • @zadziwiony 10:45:48
    Nie, nie z tego wynika i nie jest to zdziwienie a nie rozumienie. Wyraziłam się dosyć jasno. Podboje seksualne Autora nawet nie są na liście.
  • @Lotna 18:35:57
    A jakim cudem możesz rozumieć mężczyzn. Może byś opisała historię w której występuje 100% mężczyzna wg. Twojego widzenia świata. Ja naprawdę nie rozumiem o co Tobie chodzi. AgnieszkaS - purystka językowa, Lotna -purystka "moralnościowa". Może powiesz czego nie rozumiesz w postępowaniu Opary?

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31