Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
293 posty 1613 komentarzy

RP - Primum Non Nocere

Ryszard Opara - Polak. Patriota. Humanista.

AMEN-Autobiografia Naukowa- Odc.11

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Młodość "durna i chmurna" - WAM. Wiek męski był potem.

AMEN-Autobiografia Naukowa-Odc. 11

Młodość "durna i chmurna" - WAM

Po utracie Helenki pozostawałem dość długi czas „w żałobie”. W sumie niewiele mogłem zrobić. Miałem ręce związane całkowicie wojskiem, brakiem alternatyw, mieszkania, pieniędzy.
Moje dochody wynosiły 70 zł żołdu na miesiąc...Nie było z czego dodawać ani ujmować.

No i czas leczy wszystkie rany, szczególnie gdy z człowieku żwawo zagrają hormony.
W każdą sobotę koledzy chodzili na tzw. „Lumumbowo”, gdzie były akademiki i oczywiście dziewczyny, prywatki, dyskoteki. Widząc, że coś naprawdę dziwnego się ze mną dzieje, koledzy przekonali mnie w końcu, aby pójść z nimi. Wtedy miałem jeszcze nadzieję, że może gdzieś tam przypadkowo zobaczę Helenkę ale po spotkaniu z jej mamą – wszystko...nawet „zmysły - prysły”.
Rzuciłem się, więc w wir zabawy, aby zapomnieć. No i udało się...

Następnych kilka miesięcy spędziliśmy w żeńskich akademikach. Znaliśmy dobrze personel na dole wejściowym, więc zawsze jakoś udawało nam się pod pozorem nauki... wejść na górę.
Tam nikt już nie sprawdzał, co tak naprawdę było przedmiotem studiów….
Zresztą były również balkony, drabiny przeciwpożarowe i różnorodność możliwości.
A, że była wola i ochota z obu stron – reszta była najczęściej już ciszą, upojnym milczeniem.
Łódź była miastem studentów (Politechnika, Uniwersytet); ale na „Lumumbowo” było najbliżej.

Poznałem wiele dziewczyn. Ponieważ dobrze tańczyłem i prócz tego w odróżnieniu od kolegów - (po przejściach z Helenką) postrałem się o trochę kasy (od brata i ojca) - byłem dosyć popularny.
Nie wiedziałem co ważniejsze – moje niewymierne walory osobiste (sztuka tańca) czy wymierne czyli pieniądze.

Nie zastanawiałem się nad tym wtedy... ani nigdy potem - długo.
Do dziś tego nie wiem, a jeżeli nawet, kiedyś tam, może próbowałem zrozumieć kobiety; dawno temu przekonałem się - że to niemożliwe i dałem temu spokój - świętego. Pewnych rzeczy mężczyzna nigdy nie zrozumie.
Nie ma sensu próbować ani udawać.

Szczególnie wpadła mi w oko i zmysły, pewna szczupła, bardzo zgrabna, niewysoka brunetka, o dość dziwnym imieniu Domicela. Był tylko jednak problem, że ona była dziewczyną mojego dobrego kolegi - Krzyśka Kafara.
Oboje pochodzili z Piotrkowa i znali się od liceum. Domicela chciała, w tym czasie wyjść za mąż za Krzyśka, ale on się jakoś głupio bronił. W końcu postanowiła, że... „złapie go na dziecko”, ale nic im z tego...też nie wychodziło. Ciąża piechotą zresztą nie chodzi...

Pewnego dnia zobaczyła Krzyśka tańczącego, przytulonego z jakąś dziewczyną. Wtedy poprosiła mnie do tańca, by się na nim...zemścić. A, że dobrze się na parkiecie sprawowałem, wkrótce zaczęliśmy się dobrze bawić. Nazwałem ją pieszczotliwie: „Dom i Cella”, w zależności od tego czy byłem u niej... czy w koszarach, areszcie.
Przez następne kilka tygodni Dom i Cella, mściły się na Krzyśku... z pomocą mojej osoby. Zaczęło jej się to chyba podobać – bo skończyliśmy nie tylko na studiach i na parkiecie, ale dla relaksu - jako para „zakochanków”.

Ale właśnie wtedy, Krzysiek zaczął żałować swojego rozstania z Domicelą i spróbował powrotu. Okazało się jednak, że już było trochę za późno, a zemsta okazała się na tyle skuteczna, że „nasza wspólna” Domicela – była "przy nadziei"…Tylko...nie do końca jednak było wiadomo, nie wiedziała nawet tego ona, który z nas był sprawcą tego nieprzewidzianego zdarzenia losowego. Domicella przyznała się do poligamii...Wiadomo, szczęście różnymi drogami podchodzi.

Pewnego dnia usiedliśmy więc w trójkę w kawiarni „Biedronka” na poważną naradę sztabową.
Wątkiem przewodnim było znane w kręgach łodzkich, zbliżonych damsko do WAM powiedzenie:
„Nawet marny podchorąży...może być przyczyną ciąży”. Jednak żaden z nas podchorążych, zgodnie z regulaminem studiów wojskowych, tak naprawdę nie mógł się żenić.
Musiał najpierw uzyskać zgodę Komendanta uczelni WAM. Takie idiotyczne były wtedy przepisy.

I chyba żaden z nas (w obliczu trudnoci i wątpliwości), nie chciał tego robić. Zdecydowaliśmy więc jednogłośnie przerwać tę ciążę. Razem z Krzyśkiem i wspólną Domicellą, poszliśmy do naszego starszego kolegi z WAM-u, specjalisty ginekologa – dr Szpakowskiego - wyjaśniliśmy problem tego naszego „Trójkąta Bermudzkiego”.
Po tygodniu wszystko było z powrotem w normie. Zgodnie z regulaminem studiów.

Nie było żadnych żalów, a wszelkie działania odwetowe, typu zemsta czy porachunek zostały zawieszone trójstronnym porozumieniem. Krzysiek wrócił do Domu i Celli... i żyli potem razem długo i szczęśliwie.
Jako małżeństwo. Ja natomiast, zgodnie z umową zostałem z niezapłaconym rachunkiem dla dr Szpakowskiego, który, wbrew prawdzie - uregulowałem wiele lat potem, za to z największą przyjemnością.

Na 3 roku, zaprosił mnie kolega Maciek, którego rodzice mieszkali w Łodzi, (ale akurat gdzieś wyjechali) - na prywatkę. Poszedłem tam z innym kolegą też Ryszardem i, jak się okazało bardzo dobrze zrobiłem.
Poznaliśmy wtedy śliczne bliźniaczki, które nam obu, bardzo przypadły do gustu.
Dwóch Ryśków i siostry „A” (Alicja i Ania). Blondynki, z pokręconymi zgodnie z ówczesną modą „Afro” włosami. Chodziły jeszcze do Liceum, ale były dojrzałymi, dobrze rozwiniętymi kobietami.

Szybko nawiązały się dwa równoległe romanse. Zgodnie z przedwojenną piosenką, zakończoną inną poplularną żartobliwą rymowanką: „Widzisz mała jak to jest tyle serca taki gest; ale za to podchorąży, zawsze zdąży”.
Nigdy nie mieliśmy zbyt wiele czasu na gry i zabawy miłosne.
Przepustka była raz na tydzień (sobota lub niedziela) chyba, że dało się dyla przez płot, co zawsze wiązało się z ryzykiem strzału w plecy lub aresztu czyli beznadziejnej straty czasu.

Siostry były bardzo podobne do siebie. Myślałem na początku, że jako „jednojajowe” - robią „sobie z nas jaja” - przychodząc na randki alternatywnie? Dopiero po jakimś czasie odkryłem, że moja Ala miała na lewej piersi mały pieprzyk i odtąd przez długi czas, robiłem wszystko, aby zanim spojrzę jej w oczy, zobaczyć wpierw pieprzyk. Potem już byłem na luzie, choć nie zawsze tak całkiem i nie zawsze do końca…

Z Alicją spotykałem się przez 3 lata, ale pewnego dnia jej ojciec przy okazji własnych imienin, po kilku głębszych - zażądał ode mnie deklaracji małżeństwa ze swoją córką... Z wielkim żalem, ale jednak zakończyłem znajomość. Po pierwsze... nie bardzo jeszcze wtedy chciałem się żenić.
Jak wytłumaczyłem ojcu: podchorążowie, musieli uzyskać wpierw uzyskać zgodę komendanta, a to było możliwe dopiero w ostateczności...jak np. ochrona interesów owoców związku...

Po drugie, co było najważniejsze- choć oczywiście pokryte tajemnicą mojego poliszynela - moje serce właśnie wtedy - powędrowało na manowce innej miłości - znajomości.

Czarny Piotruś

Aby jednak to szerzej wyjaśnić, muszę cofnąć się nieco w czasie.

Jako 14-to-latek byłem na koloniach w Gdańsku, na których moja mama była wychowawczynią grupy dziewcząt. Wtedy właśnie, mojej mamie bardzo spodobała się dziewczynka o imieniu - Dorotka.
Miała kruczoczarne włosy i z tego powodu nazwaliśmy ją wszyscy „Czarny Piotruś”.
(Taka też była nazwa modnej wtedy dziecinnej gry w karty).
Od samego początku tej kolonii, ta Dorotka, ta malutka była faworytką wszystkich, szczególnie mojej mamy, która posunęła się aż tak daleko... że zaczęła mnie przekonywać, że jak dorosnę, będę chciał mieć rodzinę, powinienem ożenić się właśnie z nią. Dorotką.

Wtedy jednak nie byłem zainteresowany żadnymi „maluchami” a „starszakami” - dziewczynami, konkretnie pewną młodą bibliotekarką - o długich do ziemi ale za to rudych, jak płomień wielkiego ogniska włosach.
Ale jednak… słowa mamy zapamiętałem.

Osiem lat później, będąc już studentem 5-tego roku WAM, podczas urodzin mego starszego brata, grupa kolegów, jak zwykle gadała o kobietach. Jeden z nich powiedział, że na naszym osiedlu jest taka jedna śliczna dziewczyna, która nie chce z nikim „chodzić”. Ma na imię Dorota.
Wtedy to,mój brat dał mi do zrozumienia, że to właśnie ten „Czarny Piotruś” z kolonii. Byłem już po kilku drinkach, założyłem się więc z kolegami o wino dodając zawadiacko: że... „może z nimi nie, ale ze mną, na pewno umówi się na randkę”. Oczywiście koledzy wyśmiali mnie, więc odrzekłem:

-Zobaczymy…! Zawadyjacko, byłem pewny swego.
Ale wiadomo. Zawsze łatwo przyrzec, zwłaszcza po paru głębszych, trudniej zadanie wykonać... tak na trzeźwo. Tym bardziej, że nawet nie pamiętałem jej nazwiska, nie miałem telefonu, ani adresu. Nic.

Kilka dni później 27.12.1972 r., jechałem autobusem Nr 205 na Dworzec Główny w Warszawie po moją Alę, która przyjeżdżała do mnie na Sylwestra. Na przystanku, czekając aż podjedzie mój autobus, patrzę - stoi tam też... jakieś uśmiechnięte zjawisko-cudo, o ciemnych długich włosach i bardzo zgrabnych nogach.
Ubrana w modny kożuch. Pamiętałem jednak ten uśmiech od dawna i od razu pomyślałem: to na pewno jest... Dorotka – Czarny Piotruś.
Tak właśnie było.

Usiadłem koło niej, zacząłem rozmawiać. Z początku patrzyła na mnie raczej z dośc dużą rezerwą;
ale kiedy przedstawiłem się jako student piątego roku medycyny (juz prawie lekarz), przypomniałem o koloniach w Gdańsku, odniosłem wrażenie...zaczęła się mną może trochę interesować.
Dosłownie, w ostatniej chwili, zanim wysiadła udało mi się zapisać jej telefon. Obiecałem zadzwonić po Nowym i to Roku, ale ponieważ 2 stycznia musiałem już wracać na WAM; zacząłem o niej także dużo myśleć, więc szybko zmieniłem zdanie - zadzwoniłem... tego samego dnia, wieczorem.

Potem powtarzała żartując, że ja to naprawdę jestem trochę szalony. Oczywiście próbowałem się z nią umówić natychmiast, ale z intonacji głosu wyczułem, że mimo, iż jest mile zaskoczona - to jednak nie mogła albo też nie chciała spotkać się wcześniej.
Później dowiedziałem się dlaczego. Autobusem, w którym spotkaliśmy się rano - jechała na spotkanie ze swoim chłopakiem Zbyszkiem - Polakiem, który pracował w NRD i przyjechał specjalnie dla niej. Nie bardzo jej się podobał, jak potem stwierdziła - nie było między nimi żadnego uczucia, ale zgodziła się pójść z nim na Sylwestra i było za późno, aby to odwołać.
Zawsze była stanowcza i pewna swego, zawsze postępowała według swoich własnych zasad.

Spotkaliśmy się, dopiero po Nowym Roku. Przyjechałem do Warszawy (bez żadnej przepustki) i skokiem przez płot, w pierwszą sobotę stycznia. Ponieważ była mroźna zima śnieżyce, drogi zasypane, pociągi, wszystko się spóźniało - w Piasecznie byłem niestety bardzo późno - ok. 22.

Zadzwoniłem pytając, czy mogę przyjść jeszcze tego wieczoru, bo mam dla niej bukiet kwiatów, które zwiędną całkowicie, jak też... i moje serce, jeżeli będą za długo czekać – na ostrym mrozie.

Poza tym musiałem rano wracać już do Łodzi. Odpowiedziała, po dłuższej chwili zastanowienia:
- "Taaak..., a za ile... możesz być?" 
"Jestem na dole obok twojego bloku, przy automacie". - odpowiedziałem...
"Słucham....zaszczebiotała z niedowierzaniem...gdzie jesteś...?"
Ze słuchawki doszły mnie odgłosy jakiejś paniki... ale mimo to aprobata.
Za minutę, byłem na górze...

Widziałem przez drzwi, jak jej mama zdejmowała wałki z włosów; tata zakładał jakieś pantalony.
Był to dawny oficer; wspaniały mężczyzna – starej przedwojennej, „prawdziwie polskiej daty”.
Dorota była śliczna, uśmiechliwa, ciepła i gotowa na wszystkie kwiaty - ode mnie.
W sumie, wieczór był bardzo miły i udany. Wyszedłem po północy i już całkowicie zakochany.
Rano musiałem wracać do Łodzi. Niestety zauważono moją nieobecność w nocy... i oddalenie się bez przepustki, za co musiałem odpokutować pięciodniowym aresztem.
Ale to była świeczka napewno warta gry.

Od tej pory każdą wolną sobotę, niedziele spędzałem u Doroni – jak ją wtedy nazywałem. Była jeszcze w klasie maturalnej. Maturę zdała z dobrymi ocenami i bardzo chciała dostać się na jakieś egzotyczne studia: Orientalistykę czy filologię hiszpańską. Nie rozumiałem tego wtedy.
Potem dowiedziałem się, że poznała jakiegoś chłopaka z tych egzotycznych krajów i chciała mu jakoś zaimponować albo nawet zbliżyć się do niego. Nic nie wyszło ani z tych studiów – ani z tego romansu.
Być może to moja wina; stanąłem na jej drodze.

Byliśmy bowiem wkrótce nierozłączną parą. O ile na to pozwalał czas, budżet i przepustki

Ewentualnie Doronia skończyła wydział socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, już jako moja żona w 1977 roku, z bardzo dobrym zresztą ocenami. Ale o tym potem.

Z początku zastanawiałem się dlaczego moja Dorota Gorecka nosi inne nazwisko, niż jej rodzice.
Sprawa wkrótce się wyjaśniła.
Dowiedziałem się, że jest tzw. „przyszywaną” córką Państwa Ziółkowskich – z zawodu pisarzy, autorów wielu książek dla młodzieży.

Jej mama, z domu Niemirow, piękna młoda adeptka aktorstwa wyszła za mąż, z miłości do kapitana żeglugi wielkiej Władysława Goreckiego. Wkrótce po ślubie urodziła córkę, ale w rok po jej urodzeniu – niestety zmarła, jako dwudziestoletnia kobieta, na ziarnicę złośliwą.
Wtedy nieuleczalną.

Ojciec nie był nawet na pogrzebie żony, ale na statku, maleństwem początkowo zajęli się dziadkowie, a kilka lat potem, siostra mamy - Pani Maria Ziółkowska. Doronia, przez wiele lat dzieciństwa czuła się sierotą - czekała na ojca, który wkrótce ożenił się ponownie i miał z drugą żoną dwoje dzieci. Pierwszy raz zobaczyła go jako dorosła już kobieta.
Takimi też smutkami czasem lub często obdarza nas życie.
Moim zdaniem- Doronia zawsze miała o to do życia i do ojca żal.

Taki ot… człowieczy los, który na pozór uśmiecha się do wszystkich, ale tak naprawdę lawiruje
nieszczęściami i skrajnościami.

Wiedziałem od razu: moja Dorotka, ta malutka, zawsze była, jest i będzie: naprawdę wspaniałym, zawsze pogodnym i uroczym człowiekiem.

Dusza może wprawdzie artysty, bo pięknie maluje, pisze książki - ale jednocześnie ma wielki pragmatyzm i instynkt na codzień - jaki tylko może mieć kobieta.

Koniec Odcinka 11

Ryszard Opara
 

KOMENTARZE

  • @Autor
    Witam :)

    Zerknąłem w pośpiechu, ale zdążyłem zauważyć, że interesująca opowieść. Gdy znajdę trochę czasu, przeczytam Pańskie wspomnienia od początku i skomentuję (zapewne wielokrotnie).
    Jeszcze nie w najbliższych dniach, bo przygotowuję Repsolowi niespodziankę: około 7 przyzwoitych notek w ciągu trzech - czterech dni. Zacznę chyba w środę wieczorem.

    Pozdrawiam Pana serdecznie.
  • @zygmuntbialas 22:13:39
    Szanowny Panie Zygmuncie,

    Dziękuję za miły komentarz.

    Miałem dość interesujące życie - no i właśnie napisałem autobiografię.
    Opublikowałem już 11 odcinków - a będzie ich ok 100 - choć być może nie wszystko będę publikował - z uwagi na możliwe problemy prawne.

    Jak wspomniałem moje życie, było bardzo ciekawe; pełne wzlotów i upadków - z różnych zresztą powodów.
    Oczywiście z pewnością wiele jeszcze przede mną - ale wydawało mi się, że warto było to napisać - "ku pamięci".
    I to tylko pozycja "wyjściowa".

    Piszę kilka innych książek (niestety głownie po angielsku) ponieważ, po tych właśnie doświadczeniach, będąc z zawodu i zamiłowania lekarzem -doszedłem do wniosku, że powinienem zostać myślicielem - filozofem.

    Bardzo mi miło, że Pan będzie nadal pisać w Neon24.pl - zawsze Pana artykuły czytam, z wielkim zainteresowaniem.
    Rozumiem, że jest Pan bardzo zajętym człowiekiem, ale mam nadzieję, że "słowo stanie się ciałem" - a Pana artykuły stałą częścią Neon24.

    Pozdrawiam serdecznie

    Ryzsard Opara
  • Trochę Pan przesadził, dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają
    Nieładnie Panie Ryszardzie takie sprawy wyciągać na światło dzienne:
    "----Zdecydowaliśmy więc jednogłośnie przerwać tę ciążę. Razem z Krzyśkiem i wspólną Domicellą, poszliśmy do naszego starszego kolegi z WAM-u, specjalisty ginekologa – dr Szpakowskiego----" i on oczywiście to zrobił. Ciekawe jak czułaby się dzisiaj ta kobieta, gdyby dowiedziała się, co Pan wypisuje o niej na swoim blogu. Nie napisał Pan, że imiona zostały zmienione, więc raczej łatwo dojść do tego, kim są te dwie osoby, Krzysiek Kafar i Domicella
  • Autor
    "No i czas leczy wszystkie rany, szczególnie gdy z człowieku żwawo zagrają hormony."


    Wielcy moralizatorzy w starszym wieku, którzy już nie pomną okresu swojej młodości, z całą pewnością potępią cześć 11 "Amen". Jednak, tak się właśnie objawia ten najbardziej cudowny moment wejścia w życie dorosłe ludzi bardzo młodych. Tak, z całą pewnością grają w nich hormony i są egoistami. Wydaje im się, że świat jest u ich stóp i wszystko im wolno, i wszystkiego wręcz należy próbować - a w szczególności rzeczy zakazanych. Euforia życia, nadwrażliwość i niewrażliwość- nie pomijając przy tym bardziej subtelnej gamy odczuć- kształtuje czas przejścia z wczesnej młodości do dorosłości. Postawę moralizatorów najtrafniej określa stare polskie powiedzenie "Zapomniał wół jak cielęciem był".


    Pozdrawiam!


    P.S.

    https://www.youtube.com/watch?v=gYJix_D1qjM&list=PLp1mAQX38r4rOF3PsF77AUC7hA_lk9Qe0&index=2
  • @Jeremi 16:41:56
    Szanowny Panie,

    Niestety niektóre sprawy muszą być wyciągane na światło dzienne - jeżeli chce się pisać prawdę.
    Inaczej to nie jest autobiografia a bajki, konfabulacje, co zresztą jeden z komentatorów zresztą mi już zarzucił (Pan Tańczący z Widłami - TzW).
    Czasem też prawda w oczy kole. Niestety, ale prawda jest najważniejsza

    Gwoli ścisłości - mój kolega Krzysiek Kafar już od 10 lat niestety nie żyje
    a imię tej kobiety oczywiście zmieniłem - tak na wszelki wypadek, gdyż nie wiem co się z nią dzieje.
    Ale tak ją wtedy nazywałem - ponieważ, kiedy nie byłem w koszarach - byłem u niej albo w celi...

    Zmieniłem zresztą imiona wszystkich kobiet, z którymi miałem jakieś intymne wspomnienia - tak aby nie było nieporozumień. Ewentualnie, gdyby te kobiety przyczytały moją autobiografię - mogłyby skojarzyć pewne fakty - ale myślę, że to mało prawdopodobne.

    Reszta powinna pozostać milczeniem

    Pozdrawiam
  • @AgnieszkaS 20:00:35
    Szanowna Pani,

    Staram się w swojej autobiografii pisać dokładnie tak jak to było...
    Oczywiście z perspektywy czasu, każdy człowiek na pewne rzeczy patrzy nieco inaczej... Ale w swojej młodości pamiętam dokładnie jak było.

    Zawsze uwielbiałem kobiety, lubiłem przebywać w ich towarzystwie, lubiłem z nimi rozmawiać, no i oczywiście być...
    I do tej pory nie widzę w tym nic niewłaściwego...
    chociaż przyznaję, że pomimo swoich wielu lat doświadczeń - do dziś trudno mi czasem zrozumieć kobiety. Ale taki już jestem, to moja wina.

    Z drugiej strony wogóle nie mogę zrozumieć homoseksualizmu...
    Przyznaję to otwarcie...

    Ja nie krytykuję tego zjawiska, jest ono całkowicie poza moją własną logiką. Nie mogę sobie absolutnie wyobrazić, jak ja mógłym się np przytulić do innego faceta, czy mieć z nim jakiekolwiek stosunki intymne

    Być może to co mówię, wywoła jakieś negatywne komentarze -
    nie dbam o to.

    Dla mnie osobiście są dwa najpiękniejsze zjawiska - dary natury:
    1. Narodziny dziecka - nowego życia,
    2. Kobieta,

    Przesyłam ukłony
  • Panskie przygody z kobietami nie akceptuje i nie podziwiam.
    Moze tak bylo. Znalem gosci co za kazda potancowka w akademiku zaliczali laske w pokoju. Pozniej znajdowalo sie te hawkti od biustnikow po podlodze. Wspolzycie z kobieta nie da sie zaliczyc do przygody.To jest cos swietego, to sie bedzie pamietac do konca zycia.My , mezczyzni powinnismy byc jakos odpowiedzialni.Kobieta to nie mezczyzna ale dziecko, tyle ze wyrosniete. Nie powinno sie wykorzystywac tej dzieciecej milosci, zaufania, dla wlasnej chuci, przyjemnosci z orgazmu. Nie moralizuje, bo tez popelnilem bledy zyciowe ale tak nas system ustawia.Powinnismy sie zenic o wiele wczesniej.W wieku dojrzalosci plciowej jak robia zwiarzeta. Ona lat 13 a on lat 14.
  • @staszek kieliszek 04:11:45
    Szanowny Panie,

    Ja nie piszę o tym aby się chwalić, szukać aprobaty czy podziwu.

    Piszę o tym - bo tak było - zgodnie z prawdą.

    I tak jak napisałem - młodość i hormony przygrywały mi muzyką do kobiet i do tańca z nimi. I wtedy interesowały mnie głównie kobiety. Ale...wtedy byłem młody i głupi - miałem 18-20 lat... Patrząc z perspektywy czasu - wcale swoich młodzieńczych lat nie pochwalam.

    Ale zawsze nawet wtedy - uwielbiałem i szanowałem kobiety.
    Miałem do nich zawsze wiele uczucia - traktowałem je poważnie.

    Patrząc na młodzież dzisiaj - w tym równeiż na swoje dzieci, obserwuję, że ich główne zainteresowanie - to gry komputerowe, no i rozmawiają tylko przez telefon - sms-y; FB; Mesenger...

    Uważam, że pod wieloma względami dawne czasy były bardziej ludzkie.
    Obecna cywilizacja to automatyzacja i kultura komputerowa, wirtualna.

    Pozdrawiam
  • @staszek kieliszek 04:11:45
    "Kobieta to nie mezczyzna ale dziecko, tyle ze wyrosniete."
    /Staszek kieliszek/


    A wydawało mi się, że tylko wpisy pod notką Krzysztofa Wojtasa, gdzie rej wodził dzisiaj pan z widłami, były szowinistyczne.

    http://cygnus.neon24.pl/post/146066,jak-zyc-po-polsku-10

    A tu Staszek kieliszek, co prawda delikatniej w tonie, przedstawia swoją wizję kobiet.

    Panie Staszku:

    Nie, kobieta nie jest wyrośniętym dzieckiem. Kobieta jest dorosłą, samodzielną osobą decydująca o sobie i o swoim życiu. Pan albo zatrzymał się w czasie i przestrzeni, albo też opiera się tylko i wyłącznie na doświadczeniach z własną żoną. A przecież tego rodzaju doświadczeń uogólniać nie wolno. Ja nawet nie chcę wiedzieć, dlaczego Pan swoich dzieci nie ożenił i nie wydał za mąż w wieku lat czternastu i trzynastu, ponieważ uważam, że małżeństwa dzieci, nawet jeśli są dojrzałe płciowo, nie powinny mieć miejsca, dlatego że dojrzałość emocjonalna następuje u nich o wiele później. Jestem jednak przekonana, że znalazłby Pan pełnię zrozumienia dla swoich poglądów wśród przedstawicieli prymitywnych plemion.
  • @AgnieszkaS 07:54:01
    Przepraszam, a które komentarze Tańczącego z Widłami, są szowinistyczne?
  • @staszek kieliszek 04:11:45
    Źeniaczka w wieku dojrzewania byłaby przesadą, także z tego względu, że ludzie w tym wieku nie mają w dzisiejszej dobie potencjału i środków, aby zapewnić byt potomstwu.

    Niemniej jednak, zgadzam się z Tobą, że kobieta ma inną psychikę niż mężczyzna i inaczej widzi i odbiera relacje damsko-męskie, szczególnie gdy jest młoda i naiwna, jak również z tym, że mężczyzna jest odpowiedzialny przynajmniej w równym stopniu jak kobieta, za poczęcie dziecka, co jest po prostu niezaprzeczalnym faktem.

    Feministki wychwalają aborcję, ale każdy kij ma dwa końce. Aborcja często jest wyjściem wygodnym i łatwym właśnie dla mężczyzny. Jak dobrze poszperać, można sobie poczytać o kobietach, które zostały nakłonione do aborcji i o tym, jaki ogromny, ujemny wpływ ona wywarła na ich psychikę.
  • @Lotna 11:14:48
    Te sprawy damsko meskie sa dla mnie szczegolnie trudne bo urodzilem sie bardzo kochliwy i pozniej tylko klopoty z tego mialem, a najgorsze jest to ,ze wszystko sie pamieta i dziennie to do glowy wraca.Nie mozna juz niczego zmienic, niczego wymazac. Chcialo sie dobrze a wyszlo zle. Zazdroszce tym co zakochali sie pierwszy raz w wieku odpowiednim i pobrali sie z pierwsza miloscia swego zycia.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930